Zdaniem Mirosława Barana: Werdykt jury jest skandaliczny

.
12.06.2011 aktualizacja: 2011-06-12 22:05
A A A Drukuj
Mirosław Baran Fot. Renata Dąbrowska / Agencja
Mimo udanych zmian w formule gdyńskiego festiwalu tegoroczną imprezę zapamiętamy przede wszystkim z krzywdzącego świetnych artystów werdyktu jury. Nie może dochodzić do sytuacji, że w nagrodach pomijany będzie wyśmienity film za to, że jest zbyt "polski" - pisze Mirosław Baran z Gazety Wyborczej
Michał Chaciński, dziennikarz i nowy dyrektor artystyczny Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, zapowiadał zmiany w jego formule. I choć w tym roku nie zostały zrealizowane wszystkie jego pomysły, to i tak tegoroczny festiwal różnił się od poprzednich. Oczywiście na plus.

Kluczową dla Chacińskiego kwestią była ostra selekcja filmów konkursowych, by samo dostanie się do czołówki było prestiżem. Ten pomysł sprawdził się doskonale - wreszcie widzowie, jurorzy i pracujący przy festiwalu dziennikarze nie byli katowani pięcioma czy sześcioma - w większości marnymi - filmami dziennie. Dwanaście tytułów - tyle, ile wyselekcjonowano do konkursu w tym roku - wydaje mi się ilością wystarczającą. Co nie znaczy, że w przypadku roku dla filmowców słabszego lub lepszego należy trzymać się tej liczby kurczowo. Słuszność tak ostrej selekcji pokazuje prosty fakt, że i tak równo dwie trzecie (14 z 21) z nagród podzieliły między sobą tylko cztery tytuły: "Essential Killing", "Młyn i krzyż", "Sala samobójców" i "Wymyk". Proporcje te na pewno by się nie różniły, gdyby w konkursie walczyło dwa lub nawet trzy razy więcej filmów.

Oczywiście pojawiają się pytania, dlaczego w konkursie nie znalazł się ten czy inny film z Panoramy Polskiego Kina. I odwrotnie: czemu któryś z tytułów walczył o Złote Lwy, zamiast być prezentowanym w Panoramie. Takie dywagacje pojawiać się będą zawsze, niezależnie od tego, czy w konkursie będzie pięć, piętnaście czy trzydzieści tytułów; czy wskaże je jedna osoba, dziesięć czy sto. Zawsze to będzie wybór autorski, a obiektywnych, niezależnych od gustu kryteriów oceny kina nie wynaleziono i nigdy - na szczęście - się nie wynajdzie. Problem widzę jednak gdzie indziej: w sekcji Panorama Polskiego Kina. O ile zgadzam się z założeniem, że w konkursie głównym nie może być za dużo filmów (i nie może być tam dzieł ewidentnie niedobrych), to nie do końca rozumiem ideę selekcji do Panoramy. Bo co to za panorama, w której nie pokazuje się wszystkiego? Czy trafienie do tej sekcji faktycznie musi być też prestiżowe? W końcu FPFF powinien być także okazją do jak najgłębszego poznania polskiego kina. A czy można je poznać lepiej, niż oglądając jak najwięcej - także złych i bardzo złych - filmów?

Drugim kluczowym postulatem Chacińskiego było szersze otwarcie festiwalu na zwykłego widza. W tym celu zorganizowano pokazy konkursowych tytułów nie tylko - jak co roku - w Multikinie w Gdyni, ale także w Gdańsku i Sopocie. Przygotowano również ciekawe spotkania z reżyserami w formie miniwarsztatów filmowych. Tegoroczny festiwal pokazał raczej potrzebę otwarcia się na widzów, niż faktycznie już szeroko się na nich otworzył. Ciągle więcej osób odchodziło od kas z kwitkiem, niż udało się wejść na upragnione spotkania czy projekcje. W przyszłości należy pomyśleć o dublowaniu większej ilości wydarzeń festiwalowych w Sopocie i Gdańsku, co na pewno nieco odciąży szalenie przepełniony w trakcie obiekt w Gdyni.

Mimo udanych zmian w formule Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni tegoroczną imprezę zapamiętamy przede wszystkim z kontrowersyjnego werdyktu jury. Najważniejsze nagrody zdobył "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego, praktycznie całkowicie jurorzy pominęli film "Róża", moim zdaniem jedno z najważniejszych dzieł polskiej kinematografii ostatnich lat.

Nie mam tu szczególnego żalu do międzynarodowego jury: wierzę, że wskazali oni, zgodnie ze swoją wiedzą i wrażliwością, ich zdaniem najlepszy film konkursu. Bo "Essential Killing" to kawał solidnego kina. Jednak Złote Lwy dla tego filmu szkodzą polskiej kinematografii. W regulaminie FPFF czytamy: "Celem Festiwalu jest promocja polskiej sztuki filmowej w kraju i za granicą, a także wyróżnienie najlepszych filmów fabularnych oraz ich twórców". Dzieło Skolimowskiego zdobyło już wcześniej niezwykle prestiżową nagrodę jury na festiwalu w Wenecji, pokazywane było też w kinach w Polsce i większości Europy. Mówiąc więc wprost: ta nagroda ani Skolimowskiemu, ani jego filmowi nic już nie da. A na pewno nie przyczyni się do jego dalszej promocji. Za to taka promocja przydałaby się "Róży" Wojciecha Smarzowskiego, filmowi wybitnemu, doskonale zrealizowanemu, dotykającemu ważnego tematu z historii Polski.

Rozumiem doskonale, że "Róża" dla jurorów zagranicznych, nierozumiejących choćby różnicy między Armią Krajową i Armią Ludową, mogła być niezrozumiała. Tym samym należy ponownie przemyśleć sens zapraszania artystów zagranicznych do składu jury. Jeszcze do przedwczoraj sam byłem zwolennikiem takiego rozwiązania, bo znani twórcy zagraniczni to i prestiż dla gdyńskiego festiwalu, i szansa obiektywnej oceny naszego kina. Jednak skandaliczny werdykt z soboty pokazał, jak wielkie niesie to ryzyko. Bo nie może co roku dochodzić do sytuacji, że w nagrodach FPFF pomijany będzie wyśmienity film za to, że jest zbyt "polski".

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 14 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów