Polskie kino? Zbyt serio!
11.06.2011
aktualizacja: 2011-06-11 10:27
- W polskich filmach brak lekkości, ironii, polotu. Są siermiężne, poważne, takie na "proszę wstać" - mówi Paweł Pawlikowski, reżyser pracujący w Anglii, szef jury Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.
Mirosław Baran: Jak się panu podobają filmy konkursowe?
Paweł Pawlikowski*: - Różnie. Trudno na takie pytanie odpowiedzieć w paru słowach. Bardzo różny jest ich poziom, są z różnych „działek”. Oglądam je jako osoba trochę z zewnątrz, niemieszkająca w Polsce. Uderzyło mnie, że w polskich filmach brak lekkości, ironii, polotu, zmysłowości. Są one raczej siermiężne, poważne, takie na „proszę wstać”, nieproporcjonalnie dramatyczne, bardzo na serio. To ogólne wrażenie, choć oczywiście widziałem też w konkursie filmy bardzo dobre czy dobre.
A co się panu podoba w tych filmach?
- Oczywiście, że są takie rzeczy, ale przed ogłoszeniem werdyktu nie mogę o nich mówić. Poznałem tu filmy paru młodych, ciekawych reżyserów. Choć widać jeszcze, że Polacy ciągle próbują odnaleźć się w rzeczywistości, w filmach za bardzo starają się coś uwiarygodnić czy zilustrować. Często rysują to bardzo grubą kreską. Brakuje filmów robionych o tym, co się dobrze zna, takich trochę śmiesznych, trochę tragicznych.
Żyje pan w Wielkiej Brytanii. Na ile pan zna polskie kino ostatnich lat?
- Jakoś bardzo dokładnie go nie znam. Choć oczywiście najwybitniejsze polskie filmy ostatnich lat widziałem. Mam na myśli chociażby "33 sceny z życia" Szumowskiej, "Sztuczki" Jakimowicza czy "Cztery noce z Anną" Skolimowskiego.
Co się mówi o polskim kinie w Wielkiej Brytanii?
- Tam w ogóle się mało mówi o kinie zagranicznym. Dla Anglików film zagraniczny to film francuski. Polskie filmy oczywiście się w Anglii pojawiały, jak była "moda na Polskę" - myślę tu o latach Solidarności czy późnych latach 70. A gdy pojawiał się polski wybitny film, to wszyscy na niego czekali. Generalnie w Anglii nie ma świadomości polskiego kina. Kinofile oczywiście pamiętają wielkie czasy polskiego kina: Wajdę, Munka, potem Wajdę jeszcze raz, potem znów Wajdę, Polańskiego i Skolimowskiego, później Kieślowskiego. To trochę jak z piłką nożną: polskich piłkarzy w Anglii pamiętają wszyscy z 1974 i 1978 roku. Wymieniają nazwiska Gadochy i Lato, pytają, co się teraz z polskim futbolem stało.
Nie chciał pan opowiedzieć, co się panu w konkursowych filmach podoba. Spróbujmy zatem ogólniej: czego pan, jako widz, szuka w kinie?
- Szukam połączenia emocji z formą. Poczucia, że ktoś naprawdę chce mi coś powiedzieć. I jest tak mocno przekonany, że warto to opowiedzieć, że znajduje - choćby po omacku - do tego nową, świeżą formę. Kino, to dla mnie tworzenie całego świata, z własną zasadą, logiką wizualną, poczuciem rzeczywistości, poczuciem humoru, moralnym kompasem. Według mnie reżyseria to po prostu stworzenie własnego mikrokosmosu i prowadzenie przez niego widza z przekonaniem, a nie proste wykonywanie scenariusza. Większość scenariuszy w kinie jest słaba albo bardzo słaba, ale film może zaistnieć i tak, jeśli reżyser wyczuje coś w tym temacie, zrobi dobry casting, wymyśli z operatorem spójną koncepcję wizualną. Lubię też kino nieszablonowe, które nie operuje utartymi schematami. Nie myślę tu nawet o kinie gatunku, bo jemu się przebacza, ale o kinie artystycznym, które bardzo często też posługuje się szablonami. To meczące, bo widz od razu wie, do czego to zmierza. A powinien mieć takie poczucie, ale nie widzieć dokładnie, co się zaraz wydarzy. Jak u Arystotelesa: koniec powinien być nieprzewidziany, ale konieczny.
Nie lubię filmów, w których tylko inteligencją muszę rozgryzać, dlaczego to jest dobre, co tu gra. W kinie chcę zapomnieć, że oglądam film.
Reżyserował pan wyłącznie na Zachodzie. Nie myśli pan o nakręceniu filmu w Polsce?
- Myślę. I nawet już mam taki projekt - byłby to film z akcją osadzoną w latach 60. Nie chcę o tym za dużo mówić, bo jeszcze na to za wcześnie. W każdym razie mamy scenariusz, który jeszcze mi się nie do końca podoba, choć dostał nagrodę w Cannes w zeszłym roku. Pracujemy nad nim, żeby był naprawdę dobry. W każdym razie ciekawe dla mnie jest oglądanie filmów konkursowych w Gdyni, pozwala mi to zobaczyć, jak Polska dziś wygląda, jak się sama odczytuje.
Rozmawiał Mirosław Baran
*Paweł Pawlikowski - reżyser, przewodniczący jury konkursu głównego tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.
Paweł Pawlikowski*: - Różnie. Trudno na takie pytanie odpowiedzieć w paru słowach. Bardzo różny jest ich poziom, są z różnych „działek”. Oglądam je jako osoba trochę z zewnątrz, niemieszkająca w Polsce. Uderzyło mnie, że w polskich filmach brak lekkości, ironii, polotu, zmysłowości. Są one raczej siermiężne, poważne, takie na „proszę wstać”, nieproporcjonalnie dramatyczne, bardzo na serio. To ogólne wrażenie, choć oczywiście widziałem też w konkursie filmy bardzo dobre czy dobre.
A co się panu podoba w tych filmach?
- Oczywiście, że są takie rzeczy, ale przed ogłoszeniem werdyktu nie mogę o nich mówić. Poznałem tu filmy paru młodych, ciekawych reżyserów. Choć widać jeszcze, że Polacy ciągle próbują odnaleźć się w rzeczywistości, w filmach za bardzo starają się coś uwiarygodnić czy zilustrować. Często rysują to bardzo grubą kreską. Brakuje filmów robionych o tym, co się dobrze zna, takich trochę śmiesznych, trochę tragicznych.
Żyje pan w Wielkiej Brytanii. Na ile pan zna polskie kino ostatnich lat?
- Jakoś bardzo dokładnie go nie znam. Choć oczywiście najwybitniejsze polskie filmy ostatnich lat widziałem. Mam na myśli chociażby "33 sceny z życia" Szumowskiej, "Sztuczki" Jakimowicza czy "Cztery noce z Anną" Skolimowskiego.
Co się mówi o polskim kinie w Wielkiej Brytanii?
- Tam w ogóle się mało mówi o kinie zagranicznym. Dla Anglików film zagraniczny to film francuski. Polskie filmy oczywiście się w Anglii pojawiały, jak była "moda na Polskę" - myślę tu o latach Solidarności czy późnych latach 70. A gdy pojawiał się polski wybitny film, to wszyscy na niego czekali. Generalnie w Anglii nie ma świadomości polskiego kina. Kinofile oczywiście pamiętają wielkie czasy polskiego kina: Wajdę, Munka, potem Wajdę jeszcze raz, potem znów Wajdę, Polańskiego i Skolimowskiego, później Kieślowskiego. To trochę jak z piłką nożną: polskich piłkarzy w Anglii pamiętają wszyscy z 1974 i 1978 roku. Wymieniają nazwiska Gadochy i Lato, pytają, co się teraz z polskim futbolem stało.
Nie chciał pan opowiedzieć, co się panu w konkursowych filmach podoba. Spróbujmy zatem ogólniej: czego pan, jako widz, szuka w kinie?
- Szukam połączenia emocji z formą. Poczucia, że ktoś naprawdę chce mi coś powiedzieć. I jest tak mocno przekonany, że warto to opowiedzieć, że znajduje - choćby po omacku - do tego nową, świeżą formę. Kino, to dla mnie tworzenie całego świata, z własną zasadą, logiką wizualną, poczuciem rzeczywistości, poczuciem humoru, moralnym kompasem. Według mnie reżyseria to po prostu stworzenie własnego mikrokosmosu i prowadzenie przez niego widza z przekonaniem, a nie proste wykonywanie scenariusza. Większość scenariuszy w kinie jest słaba albo bardzo słaba, ale film może zaistnieć i tak, jeśli reżyser wyczuje coś w tym temacie, zrobi dobry casting, wymyśli z operatorem spójną koncepcję wizualną. Lubię też kino nieszablonowe, które nie operuje utartymi schematami. Nie myślę tu nawet o kinie gatunku, bo jemu się przebacza, ale o kinie artystycznym, które bardzo często też posługuje się szablonami. To meczące, bo widz od razu wie, do czego to zmierza. A powinien mieć takie poczucie, ale nie widzieć dokładnie, co się zaraz wydarzy. Jak u Arystotelesa: koniec powinien być nieprzewidziany, ale konieczny.
Nie lubię filmów, w których tylko inteligencją muszę rozgryzać, dlaczego to jest dobre, co tu gra. W kinie chcę zapomnieć, że oglądam film.
Reżyserował pan wyłącznie na Zachodzie. Nie myśli pan o nakręceniu filmu w Polsce?
- Myślę. I nawet już mam taki projekt - byłby to film z akcją osadzoną w latach 60. Nie chcę o tym za dużo mówić, bo jeszcze na to za wcześnie. W każdym razie mamy scenariusz, który jeszcze mi się nie do końca podoba, choć dostał nagrodę w Cannes w zeszłym roku. Pracujemy nad nim, żeby był naprawdę dobry. W każdym razie ciekawe dla mnie jest oglądanie filmów konkursowych w Gdyni, pozwala mi to zobaczyć, jak Polska dziś wygląda, jak się sama odczytuje.
Rozmawiał Mirosław Baran
*Paweł Pawlikowski - reżyser, przewodniczący jury konkursu głównego tegorocznego Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień







