Wojownik składa broń
18.09.2009
aktualizacja: 2009-09-19 00:24
fot. Kamil Gozdan / AG
To nie jest film o bokserze. Zależało mi na postawieniu sobie i widzom pytania: jakbyśmy się zachowali, wiedząc, że nasze życie ma swój deadline - mówi Marcin Wrona, reżyser filmu "Moja krew"
Rozmowa z Marcinem Wroną, reżyserem debiutującym na 34. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni znakomitym dramatem "Moja krew"
Katarzyna Fryc: Emocje ściskają mi gardło. Historia umierającego boksera, który chce po sobie zostawić trochę dobra, absolutnie zawłaszcza uwagę widza.
Marcin Wrona: To bardzo się cieszę, bo przecież emocje są pożywką kina. Jeśli pojawiają się u widzów, już jest sukces. Jestem pewny tego, co zrobiłem. Wykonaliśmy 90 procent tego, co zamierzałem. A potem podczas montażu dodaliśmy filmowi jeszcze trochę drapieżności.
Dlaczego na swój fabularny debiut wybrał pan taki temat?
- Postać boksera, którego gra Eryk Lubos, to wynik moich wieloletnich fascynacji sportem. Sam trenuję boks. Ale dla mnie archetyp wojownika to szersza metafora naszego życia. Każdy z nas codziennie prowadzi o coś walkę, czegoś chce. Jednak to nie jest film o bokserze. Zależało mi na postawieniu sobie i widzom pytania: jakbyśmy się zachowali, wiedząc, że nasze życie ma swój deadline. Co chcielibyśmy po sobie zostawić, jaki ślad? Stąd pomysł na postać boksera, któremu na skutek poważnych obrażeń na ringu zostało już niewiele życia. Traci wszystko i zastanawia się, co dalej? W tę pustkę trafia dziewczyna z Wietnamu, którą spotyka. Na początku nasz bohater ma egoistyczną potrzebę zostawienia po sobie potomka. Ale potem to się zmienia, bo dostrzega w sobie uczucia. Paradoksalnie, właśnie w tym momencie życia osiąga spełnienie. A przecież jego koniec jest bliski.
- Z czasem Igor wypiera z siebie postawę wojownika.
Zależało mi na takiej przemianie. Na początku wydaje się antypatyczny, potem jego postać, a wraz z nią cały film, zwalnia tempo. Skorzystałem z archetypu pięknej i bestii - para skrajnie różniących się ludzi pozytywnie na siebie wpływa, rozwijają się jako ludzie.
Piękną postacią jest młoda Wietnamka, która w jego życie wprowadza łagodność. Skąd pomysł na tę postać?
- Inspiracją są powszechnie znane historie papierowych małżeństw obcokrajowców z Polakami, by mogli tu legalnie pracować. Odtwórczynię tej roli, Wietnamkę Luu de Ly znaleźliśmy w Hanoi. Weszła na casting i od razu wiedzieliśmy, że to ona. Dokładnie odpowiadała naszym wyobrażeniom o tej roli. Na planie wszystko odbywało się przez tłumacza. Nie znała angielskiego, ani słowa po polsku. Wszystko, co mówi po polsku, wyuczyła się na pamięć fonetycznie. Aktorsko dużo pomógł jej Eryk Lubos. W komunistycznym Wietnamie kręci się głównie filmy propagandowe, które nie oczekują od aktora specjalnych umiejętności. U nas zetknęła się z aktorskim żywiołem Eryka i zaczęła używać na planie swoich emocji. Dzięki jej postaci filmowy Igor zwalnia tempo, zaczyna odkrywać w sobie nowe pokłady emocji, a film przy okazji dotyka tematu zetknięcia dwóch cywilizacji.
Katarzyna Fryc: Emocje ściskają mi gardło. Historia umierającego boksera, który chce po sobie zostawić trochę dobra, absolutnie zawłaszcza uwagę widza.
Marcin Wrona: To bardzo się cieszę, bo przecież emocje są pożywką kina. Jeśli pojawiają się u widzów, już jest sukces. Jestem pewny tego, co zrobiłem. Wykonaliśmy 90 procent tego, co zamierzałem. A potem podczas montażu dodaliśmy filmowi jeszcze trochę drapieżności.
Dlaczego na swój fabularny debiut wybrał pan taki temat?
- Postać boksera, którego gra Eryk Lubos, to wynik moich wieloletnich fascynacji sportem. Sam trenuję boks. Ale dla mnie archetyp wojownika to szersza metafora naszego życia. Każdy z nas codziennie prowadzi o coś walkę, czegoś chce. Jednak to nie jest film o bokserze. Zależało mi na postawieniu sobie i widzom pytania: jakbyśmy się zachowali, wiedząc, że nasze życie ma swój deadline. Co chcielibyśmy po sobie zostawić, jaki ślad? Stąd pomysł na postać boksera, któremu na skutek poważnych obrażeń na ringu zostało już niewiele życia. Traci wszystko i zastanawia się, co dalej? W tę pustkę trafia dziewczyna z Wietnamu, którą spotyka. Na początku nasz bohater ma egoistyczną potrzebę zostawienia po sobie potomka. Ale potem to się zmienia, bo dostrzega w sobie uczucia. Paradoksalnie, właśnie w tym momencie życia osiąga spełnienie. A przecież jego koniec jest bliski.
- Z czasem Igor wypiera z siebie postawę wojownika.
Zależało mi na takiej przemianie. Na początku wydaje się antypatyczny, potem jego postać, a wraz z nią cały film, zwalnia tempo. Skorzystałem z archetypu pięknej i bestii - para skrajnie różniących się ludzi pozytywnie na siebie wpływa, rozwijają się jako ludzie.
Piękną postacią jest młoda Wietnamka, która w jego życie wprowadza łagodność. Skąd pomysł na tę postać?
- Inspiracją są powszechnie znane historie papierowych małżeństw obcokrajowców z Polakami, by mogli tu legalnie pracować. Odtwórczynię tej roli, Wietnamkę Luu de Ly znaleźliśmy w Hanoi. Weszła na casting i od razu wiedzieliśmy, że to ona. Dokładnie odpowiadała naszym wyobrażeniom o tej roli. Na planie wszystko odbywało się przez tłumacza. Nie znała angielskiego, ani słowa po polsku. Wszystko, co mówi po polsku, wyuczyła się na pamięć fonetycznie. Aktorsko dużo pomógł jej Eryk Lubos. W komunistycznym Wietnamie kręci się głównie filmy propagandowe, które nie oczekują od aktora specjalnych umiejętności. U nas zetknęła się z aktorskim żywiołem Eryka i zaczęła używać na planie swoich emocji. Dzięki jej postaci filmowy Igor zwalnia tempo, zaczyna odkrywać w sobie nowe pokłady emocji, a film przy okazji dotyka tematu zetknięcia dwóch cywilizacji.
Polecamy - serwis specjalny - 34. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




