Lubię coś, co jest poza konwencją. Pociąga mnie absurd

Mirosław Baran
02.05.2010 aktualizacja: 2010-04-29 13:23
A A A Drukuj
Kuba Kowalski
- Peron była żoną prezydenta, ale też aktorką i celebrytką. Robienie typowego spektaklu biograficznego z pewnością by mnie nie interesowało - mówi młody reżyser Kuba Kowalski, który przygotowuje w Teatrze Wybrzeże "Evę Peron" Copiego.
Mirosław Baran: Studiowałeś i sinologię i reżyserię. Co było najpierw?

Kuba Kowalski: Najpierw była sinologia. Wybrałem jednak ten kierunek z myślą, że na reżyserię raczej trudno dostać się od razu po maturze. Zresztą wahałem się wtedy pomiędzy szkołą filmową a teatralną. Ale o reżyserii myślałem już od początku liceum. Z drugiej strony fascynowałem się Chinami, szczególnie najnowszym kinem chińskim, historią tego kraju w XX wieku. Bardzo też chciałem wyjechać, a wiedziałem, że na sinologii są stypendia wyjazdowe.

Co w końcu sprawiło, że zdecydowałeś się na szkołę teatralną, a nie filmową?

- Długo się wahałem pomiędzy łódzką filmówką a szkołami teatralnymi w Warszawie i Krakowie. Nie sądziłem, że uda mi się dostać do uczelni w Krakowie, ale się starałem z przeświadczeniem, że jest tam więcej wykładowców praktyków. No i Krystian Lupa. A dlaczego teatr, a nie film? Hmmm... Chodziłem do teatru od dziecka, mam rodziców aktorów. Ale nie była to moja pasja od najmłodszych lat, natomiast prawdziwą pasją było kino. Gdy byłem na stypendium na Tajwanie, brałem udział w bardzo fajnych warsztatach filmowych, które prowadził świetny tajwański reżyser Hou Hsiao-Hsien. Jest on bardzo ceniony na przykład we Francji, a praktycznie nieznany w Polsce. Zajęcia trwały raptem cztery miesiące, ale mieliśmy kontakt z najważniejszymi azjatyckimi filmowcami. Warsztaty kończyły się realizacją krótkiej etiudy. Po raz pierwszy musiałem coś zrobić samemu. Chyba wtedy bardziej zaczął mnie pociągać teatr, bo zdałem sobie sprawę, że film to bardzo skomplikowany język techniczny, który trzeba perfekcyjnie opanować. A w teatrze jest więcej pracy z aktorem, na czym mi szczególnie zależy.

Wspomniałeś o Krystianie Lupie. Byłej jego studentem, potem asystowałeś mu przy jednym ze spektakli. Co dała ci ta współpraca?

- Nie będę tu chyba szczególnie oryginalny, ale muszę powiedzieć, że dała mi bardzo dużo. Krystian chyba przez lata uczył bardzo różnych rzeczy. Gdy czytam o reżyserach teraz średniego pokolenia, którzy u niego studiowali i porównuję ich wspomnienia z naszymi zajęciami, to nas Lupa nie uczył już żadnej metody. Najbardziej chyba inspirował swoją postawą; nastawieniem, że odpowiedzi na wszystkie pytania związane z teatrem mamy szukać w sobie. To coś, co niektórzy mu teraz zarzucają - ten cały jego artyzm czy egotyzm. Zajęcia z nim nie miały nic z "odrabiania" dramatopisarza, ale trzeba było z siebie wydobyć marzenie, pejzaż i to przełożyć na aktorów.

Czego zatem szukasz Ty - jako twórca teatralny - w sobie?

- Zawsze bardzo długo się czaję wokół tekstów, zanim zdecyduję się na jakiś dramat. Bo gdy sobie zdam sprawę, ile to jest roboty, to staram się trafić na tekst, który naprawdę będzie mnie kręcił w trakcie tych wszystkich walk i zmagań przy pracy nad spektaklem. Czego szukam w sobie? Może lepiej powiem, co lubię. Lubię coś, co jest poza konwencją, zupełnie poza gatunkiem, pociąga mnie absurd. Nie lubię nadętych dramatów, takich jednoznacznie na poważnie. Zawsze wtedy szukam "złamania" komediowego czy groteskowego. Nawet teraz, robiąc "Evę Peron" w Wybrzeżu, mam podobne myśli.

Czyli teksty starasz się dobierać bardzo świadomie. Czy twoim zdaniem tworzą już one jakąś konsekwentną drogę artystyczną?

- Mam poczucie, że tak. Na razie zrobiłem zaledwie parę przedstawień, ale mam wrażenie, że pewne rzeczy w nich powracają. Czasem są one zawarte już w dramatach, czasem w sposobie, w jaki chcę je odczytać. Mnie najbardziej interesuje, mówiąc ogólnie, coś, co nazywamy problemem tożsamości. Czyli w centrum uwagi jest tu pytanie "kim jestem?" oraz wszystkie sposoby, w jakie możemy na nie odpowiedzieć. Tak było chociażby ze "Zwodnicą" - to, co mnie najbardziej napędzało w pracy nad tym spektaklem, to było poszukiwanie tożsamości bohaterki. Tożsamości, która została zbudowana przez ciąg, nie zawsze pozytywnych moralnie, wyborów.

Zrealizowałeś m. in. "Niepokoje wychowanka Torlessa", "Bliżej" i "Zwodnicę". Są to wszystko teksty o zderzeniu seksualności z normami społecznymi i konwencją.

- Jak najbardziej. Kulturowe tożsamości, rozbijanie takich "szufladek" jak heteroseksualność, homoseksualność - to coś, co wydaje mi się bardzo ciekawe. Ta tematyka bardzo mocno wybuchła w teatrze Warlikowskiego, ale się przecież nie wyczerpała, jest wciąż o czym opowiadać w różnych konwencjach czy tonacjach.

Jak zatem w Twoją drogę artystyczną wpisuje się "Eva Peron" Copiego, nad którą obecnie pracujesz w Teatrze Wybrzeże - dramat w końcu biograficzny?

- Staramy się tak tego tekstu nie traktować, nie pracować nad nim, jak nad dramatem biograficznym. Choć oczywiście Copi był Argentyńczykiem; znał doskonalę historię Peron i jej śmierci, miał na pewno do tego bardzo emocjonalny stosunek, szczególnie że jego rodzina właśnie za Peronów została zmuszona do emigracji. Ale wydaje mi się, że teraz w tekście jest najciekawsze nie rozliczanie się z historyczną postacią i losami Argentyny, ale właśnie problem tożsamości, zderzenie rzeczywistości i iluzji. Bardzo ciekawy w tym dramacie wydaje mi się pomysł na to, jak Eva Peron walczy z chorobą o władzę - jest to bowiem walka o własny wizerunek. Peron była przecież żoną prezydenta, ale też aktorką i celebrytką - przez co jest postacią bardzo współczesną, niejako zapowiedzią tego, co się dziś dzieje w polityce. Tym przede wszystkim staramy się zajmować. Bo robienie typowego spektaklu biograficznego z pewnością by mnie nie interesowało.

Czy masz już teksty, które bardzo byś chciał wystawić w przyszłości?

- Jak zdradzę tytuły, to mi ktoś je ukradnie! A na poważnie: chciałbym zrobić parę sztuk Bernarda-Marie Koltesa. Jest u niego niezwykłe połączenie silnego, poetyckiego języka, bardzo absurdalnego poczucia humoru i ogromnego wyczulenia na ważne tematy, jak społeczne wykluczenie czy ksenofobię. Jest też parę komedii Szekspira, które mi się wydają ciekawe. Jak chociażby "Sen nocy letniej", który na różne sposoby można opowiadać wciąż od nowa.

*Kuba Kowalski - reżyser teatralny, rocznik 1981. W Teatrze Wybrzeże w zeszłym roku przygotował "Zwodnicę" Thomasa Middletona i Williama Rowleya; obecnie na tej samej scenie pracuje nad "Evą Peron" Copiego. Premiera spektaklu 22 maja.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów