Niewdzięczny los producenta, szarej eminencji
01.05.2010
aktualizacja: 2010-04-29 13:05
Producenci są szarą eminencją przemysłu muzycznego - to nie oni udzielają wywiadów, to nie na ich autografy czekają fani po koncertach. Ich praca nie jest spektakularna, ale jej efekty czasem spektakularne bywają.
SERWISY
Kim właściwie jest producent muzyczny? To pytanie, na które w zasadzie nie ma odpowiedzi. Albo inaczej - jest na nie tyle odpowiedzi, ilu producentów. Jedni ograniczają się do ustawienia mikrofonów w studiu, inni - wypracowują wraz z muzykami koncepcję brzmienia płyty, a potem konsekwentnie ją realizują, jeszcze inni zajmują się kompleksowo wszystkimi działaniami związanymi z powstawaniem materiału, wliczając w to sprawy, zdawałoby się, bardzo odległe od meritum, np. dbanie o relaks muzyków podczas sesji nagraniowej.
Producenci są szarą eminencją przemysłu muzycznego - to nie oni trafiają na pierwsze strony gazet, to nie oni udzielają wywiadów, to nie na ich autografy czekają fani po koncertach. O tym, jak niewdzięczne potrafi być to zajęcie, wystarczy się przekonać, robiąc prosty test: najpierw pomyśleć o swojej ulubionej płycie, a potem zastanowić się, kto był jej producentem. Poza prawdziwymi wielbicielami jakiegoś wykonawcy, którzy wiedzą o nim prawie wszystko, mało kto jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Taki już niewdzięczny los producentów.
W historii muzyki tylko kilku z nich zyskało rozgłos i uznanie, choć trochę przypominające to, czego doświadczają sami wykonawcy. Rick Rubin - legendarny producent, specjalizujący się w hip-hopie i heavy metalu, Phil Spector - wynalazca brzmienia zwanego "ścianą dźwięku" czy Martin Hammet - twórca charakterystycznego brzmienia zespołu Joy Division - to tylko nieliczne przykłady producentów, którzy sami stali się gwiazdami. Choć stało się to raczej za sprawą ich ekscentrycznych upodobań i zwyczajów niż - nieocenionych - zasług dla współczesnej muzyki.
Kiedy mówi się o muzyce trójmiejskiej, bardzo często robi się ten sam błąd - zwraca się uwagę przede wszystkim na samych wykonawców, zespoły, liderów budujących nowe, ciekawe składy. Rzadko kiedy, albo wręcz - nigdy nie docenia się pracy i zasług producentów. A tak się składa, że w Trójmieście działa dziś co najmniej kilku ważnych, młodych przedstawicieli tego niedocenianego zawodu. Niektórzy cieszą się taką środowiskową sławą, że specjalnie dla nich przyjeżdżają tu nagrywać swoje płyty zespoły z całej Polski (ostatnio np. warszawska formacja Out Of Tune czy wielkopolska grupa Kumka Olik).
Trójmiasto od lat jest pod tym względem ważnym ośrodkiem w skali Polski. To właśnie tu przez całe lata pracował słynny duet producencki Adam Toczko i Tomasz Bonarowski, który w połowie lat 90. w studiu Modern Sound w Gdyni zrealizował kilka płyt, które definiowały oblicze polskiej muzyki w tamtym czasie (m.in. takich zespołów jak Acid Drinkers czy No Limits). To właśnie tu jeszcze kilka lat temu funkcjonowało kultowe studio im. Adama Mickiewicza - niewielka kanciapa, w której niemal magicznych sztuczek dokonywał Maciej Cieślak, twórca brzmienia takich formacji jak Ścianka (który sam założył) czy Lenny Valentino. Wygląda na to, że złote lata trójmiejskiego środowiska producenckiego trwają nadal. Oto kilka dowodów.
Stół mikserski w cieniu gitary
- Wydaje mi się, że u mnie zaczęło się tak samo jak u wszystkich innych muzyków, którzy stają się producentami - zwierza się Tomasz Kamiński, w środowisku muzycznym znany jako Snake. - Zawsze kiedy wychodziłem ze studia nagraniowego, miałem wrażenie, że brzmienie, które wypracowaliśmy, nie jest zadowalające, narzekałem na to, co robili inni producenci, w pewnym momencie stało się więc naturalne, że chciałem sam spróbować zrobić to lepiej.
Kamiński pierwszy raz wszedł do poważnego studia nagraniowego w połowie 1994 r., jako muzyk formacji Red Rooster.
- Zaczynałem już powoli rozumieć, że z samego grania nie da się żyć - wspomina. - Stwierdziłem, że praca w studiu, a jeszcze lepiej - posiadanie własnego studia, to świetny pomysł na zarabianie pieniędzy. Pojechałem więc do Warszawy i zacząłem pracę w jednym z tamtejszych studiów. To był ważny okres, bardzo dużo się wtedy nauczyłem. Brałem wówczas udział w powstawaniu bardzo różnych form muzycznych: od zwykłych płyt aż do ilustracji dźwiękowej reklam. Potem zaangażowałem się jeszcze w produkcję audycji radiowych, m.in. dość popularnego programu "Windą na szafot" Pawła Paulusa Mazura i Krzysztofa Sielaka.
Po powrocie do Trójmiasta Kamiński pracował w studiach Na Zboczu i Krater, ale potem otrzymał propozycję nie do odrzucenia - w zespole Golden Life zwolniło się stanowisko gitarzysty. Muzyk dołączył do grupy, co spowodowało, że karierę producenta musiał zawiesić na kołku - w intensywnym kalendarzu koncertowym Golden Life nie było na nią czasu.
- Ale wiedziałem, że wcześniej czy później do tego wrócę - zwierza się Kamiński. - Nastąpiło to w momencie, gdy zespół trochę wyhamował. Zrealizowałem wówczas swoje marzenie: założyłem własne studio nagraniowe, w którym od lat powstają różne materiały muzyczne, przede wszystkim przeznaczone do reklam i najróżniejszych produkcji multimedialnych.
Ale powstaje tam także muzyka. Kilka lat temu np. Kamiński zrealizował w swoim studiu soundtrack do offowego filmu "Segment '76" - znalazła się na nim zarówno jego autorska muzyka, jak i piosenki innych, trójmiejskich wykonawców. Ostatnim producenckim dziełem Kamińskiego jest debiutancka płyta zespołu Gentleman!
- Nie miałem wątpliwości, czy się zgodzić, kiedy muzycy tej grupy zaproponowali mi współpracę - opowiada Snake. - Ich piosenki podobały mi się od pierwszego razu, kiedy je usłyszałem. Praca producenta jest właściwie bardzo niewdzięcznym zadaniem. Z jednej strony zwykle ma się szacunek do artystów, z którymi się nagrywa, z drugiej - trzeba mieć spory dystans do ich twórczości. Nie można przecież jej zmieniać, nie można w nią ingerować. Trzeba ograniczyć się tylko do tego, żeby wybierać z niej to, co najlepsze, a potem wzmacniać to i uwypuklać.
Nagrywać bez studia
- Kiedy jako muzyk trafiasz pierwszy raz do studia, zderzasz się z tą całą machiną, o której do tej pory w ogóle nie miałeś pojęcia - opowiada kolejny z trójmiejskich producentów, którzy są jednocześnie muzykami, Piotr Pawlak. - Z reguły, przynajmniej w pierwszym momencie, wywołuje to duże problemy, kiedy okazuje się, że nic nie brzmi tak jak chciałeś, żeby zabrzmiało i jak ci się wydawało, że powinno zabrzmieć. Ale koniec końców ta sytuacja może przynieść konstruktywne skutki, bo kiedy nic ci nie pasuje, zaczynasz się temu przyglądać uważniej, zaczynasz to zgłębiać.
Pawlak zgłębia to - czyli sztukę produkcji i realizacji dźwięku - już od wielu lat. Zaczęło się podczas nagrywania jednej z płyt zespołu Łoskot, w którym ten doświadczony już wówczas muzyk (wcześniej przez wiele lat występował w słynnej alternatywno-rockowej formacji Bielizna) grał w połowie lat 90.
- Pojechaliśmy do Wrocławia, do studia Tuba - wspomina Pawlak. - Był tam do dyspozycji jeden z pierwszych w Polsce systemów do cyfrowej obróbki dźwięku. Jego możliwości zafascynowały mnie bardzo mocno i przez miesiąc nie mogłem się od niego oderwać. Od tego na dobre zaczęła się moja przygoda z produkcją dźwięku.
W kolejnych latach Pawlak bardzo szybko rozwijał swoje umiejętności producenckie i stał się niezwykle cenionym specjalistą w tej dziedzinie. Współpracował przede wszystkim ze środowiskiem yassowym. To właśnie spod jego ręki wyszły płyty takich wykonawców jak: Olo Walicki czy zespoły Kury, Kobiety i Pink Freud. Jego ostatnie produkcje to płyty najmłodszej generacji trójmiejskiej sceny alternatywnej: zespołu Kciuk And The Fingers i jednoosobowego (w czasie nagrywania debiutanckiej płyty, dziś występującego już w poszerzonym składzie) projektu Mananasoko.
- Kiedy pracuję nad czymś, do czego mam bliski stosunek emocjonalny, a tak zwykle jest w przypadku materiałów, które nagrywają moi przyjaciele - zwierza się Pawlak - poświęcam się mu o wiele mocniej niż w przypadku jakichś komercyjnych zadań, z którymi nic mnie nie wiąże. Z jednej strony to dobrze, bo wkładam w to więcej serca i to często słychać, z drugiej - bardzo źle. Potrafię bowiem ślęczeć nad czymś bardzo długo. O wiele za długo. Tak było choćby w przypadku płyty zespołu Łoskot, zatytułowanej "Sun", przy której dłubałem ponad rok.
Pawlak nie ma własnego studia, ale - jak twierdzi - znakomicie sobie bez tego radzi.
Producenci są szarą eminencją przemysłu muzycznego - to nie oni trafiają na pierwsze strony gazet, to nie oni udzielają wywiadów, to nie na ich autografy czekają fani po koncertach. O tym, jak niewdzięczne potrafi być to zajęcie, wystarczy się przekonać, robiąc prosty test: najpierw pomyśleć o swojej ulubionej płycie, a potem zastanowić się, kto był jej producentem. Poza prawdziwymi wielbicielami jakiegoś wykonawcy, którzy wiedzą o nim prawie wszystko, mało kto jest w stanie odpowiedzieć na to pytanie. Taki już niewdzięczny los producentów.
W historii muzyki tylko kilku z nich zyskało rozgłos i uznanie, choć trochę przypominające to, czego doświadczają sami wykonawcy. Rick Rubin - legendarny producent, specjalizujący się w hip-hopie i heavy metalu, Phil Spector - wynalazca brzmienia zwanego "ścianą dźwięku" czy Martin Hammet - twórca charakterystycznego brzmienia zespołu Joy Division - to tylko nieliczne przykłady producentów, którzy sami stali się gwiazdami. Choć stało się to raczej za sprawą ich ekscentrycznych upodobań i zwyczajów niż - nieocenionych - zasług dla współczesnej muzyki.
Kiedy mówi się o muzyce trójmiejskiej, bardzo często robi się ten sam błąd - zwraca się uwagę przede wszystkim na samych wykonawców, zespoły, liderów budujących nowe, ciekawe składy. Rzadko kiedy, albo wręcz - nigdy nie docenia się pracy i zasług producentów. A tak się składa, że w Trójmieście działa dziś co najmniej kilku ważnych, młodych przedstawicieli tego niedocenianego zawodu. Niektórzy cieszą się taką środowiskową sławą, że specjalnie dla nich przyjeżdżają tu nagrywać swoje płyty zespoły z całej Polski (ostatnio np. warszawska formacja Out Of Tune czy wielkopolska grupa Kumka Olik).
Trójmiasto od lat jest pod tym względem ważnym ośrodkiem w skali Polski. To właśnie tu przez całe lata pracował słynny duet producencki Adam Toczko i Tomasz Bonarowski, który w połowie lat 90. w studiu Modern Sound w Gdyni zrealizował kilka płyt, które definiowały oblicze polskiej muzyki w tamtym czasie (m.in. takich zespołów jak Acid Drinkers czy No Limits). To właśnie tu jeszcze kilka lat temu funkcjonowało kultowe studio im. Adama Mickiewicza - niewielka kanciapa, w której niemal magicznych sztuczek dokonywał Maciej Cieślak, twórca brzmienia takich formacji jak Ścianka (który sam założył) czy Lenny Valentino. Wygląda na to, że złote lata trójmiejskiego środowiska producenckiego trwają nadal. Oto kilka dowodów.
Stół mikserski w cieniu gitary
- Wydaje mi się, że u mnie zaczęło się tak samo jak u wszystkich innych muzyków, którzy stają się producentami - zwierza się Tomasz Kamiński, w środowisku muzycznym znany jako Snake. - Zawsze kiedy wychodziłem ze studia nagraniowego, miałem wrażenie, że brzmienie, które wypracowaliśmy, nie jest zadowalające, narzekałem na to, co robili inni producenci, w pewnym momencie stało się więc naturalne, że chciałem sam spróbować zrobić to lepiej.
Kamiński pierwszy raz wszedł do poważnego studia nagraniowego w połowie 1994 r., jako muzyk formacji Red Rooster.
- Zaczynałem już powoli rozumieć, że z samego grania nie da się żyć - wspomina. - Stwierdziłem, że praca w studiu, a jeszcze lepiej - posiadanie własnego studia, to świetny pomysł na zarabianie pieniędzy. Pojechałem więc do Warszawy i zacząłem pracę w jednym z tamtejszych studiów. To był ważny okres, bardzo dużo się wtedy nauczyłem. Brałem wówczas udział w powstawaniu bardzo różnych form muzycznych: od zwykłych płyt aż do ilustracji dźwiękowej reklam. Potem zaangażowałem się jeszcze w produkcję audycji radiowych, m.in. dość popularnego programu "Windą na szafot" Pawła Paulusa Mazura i Krzysztofa Sielaka.
Po powrocie do Trójmiasta Kamiński pracował w studiach Na Zboczu i Krater, ale potem otrzymał propozycję nie do odrzucenia - w zespole Golden Life zwolniło się stanowisko gitarzysty. Muzyk dołączył do grupy, co spowodowało, że karierę producenta musiał zawiesić na kołku - w intensywnym kalendarzu koncertowym Golden Life nie było na nią czasu.
- Ale wiedziałem, że wcześniej czy później do tego wrócę - zwierza się Kamiński. - Nastąpiło to w momencie, gdy zespół trochę wyhamował. Zrealizowałem wówczas swoje marzenie: założyłem własne studio nagraniowe, w którym od lat powstają różne materiały muzyczne, przede wszystkim przeznaczone do reklam i najróżniejszych produkcji multimedialnych.
Ale powstaje tam także muzyka. Kilka lat temu np. Kamiński zrealizował w swoim studiu soundtrack do offowego filmu "Segment '76" - znalazła się na nim zarówno jego autorska muzyka, jak i piosenki innych, trójmiejskich wykonawców. Ostatnim producenckim dziełem Kamińskiego jest debiutancka płyta zespołu Gentleman!
- Nie miałem wątpliwości, czy się zgodzić, kiedy muzycy tej grupy zaproponowali mi współpracę - opowiada Snake. - Ich piosenki podobały mi się od pierwszego razu, kiedy je usłyszałem. Praca producenta jest właściwie bardzo niewdzięcznym zadaniem. Z jednej strony zwykle ma się szacunek do artystów, z którymi się nagrywa, z drugiej - trzeba mieć spory dystans do ich twórczości. Nie można przecież jej zmieniać, nie można w nią ingerować. Trzeba ograniczyć się tylko do tego, żeby wybierać z niej to, co najlepsze, a potem wzmacniać to i uwypuklać.
Nagrywać bez studia
- Kiedy jako muzyk trafiasz pierwszy raz do studia, zderzasz się z tą całą machiną, o której do tej pory w ogóle nie miałeś pojęcia - opowiada kolejny z trójmiejskich producentów, którzy są jednocześnie muzykami, Piotr Pawlak. - Z reguły, przynajmniej w pierwszym momencie, wywołuje to duże problemy, kiedy okazuje się, że nic nie brzmi tak jak chciałeś, żeby zabrzmiało i jak ci się wydawało, że powinno zabrzmieć. Ale koniec końców ta sytuacja może przynieść konstruktywne skutki, bo kiedy nic ci nie pasuje, zaczynasz się temu przyglądać uważniej, zaczynasz to zgłębiać.
Pawlak zgłębia to - czyli sztukę produkcji i realizacji dźwięku - już od wielu lat. Zaczęło się podczas nagrywania jednej z płyt zespołu Łoskot, w którym ten doświadczony już wówczas muzyk (wcześniej przez wiele lat występował w słynnej alternatywno-rockowej formacji Bielizna) grał w połowie lat 90.
- Pojechaliśmy do Wrocławia, do studia Tuba - wspomina Pawlak. - Był tam do dyspozycji jeden z pierwszych w Polsce systemów do cyfrowej obróbki dźwięku. Jego możliwości zafascynowały mnie bardzo mocno i przez miesiąc nie mogłem się od niego oderwać. Od tego na dobre zaczęła się moja przygoda z produkcją dźwięku.
W kolejnych latach Pawlak bardzo szybko rozwijał swoje umiejętności producenckie i stał się niezwykle cenionym specjalistą w tej dziedzinie. Współpracował przede wszystkim ze środowiskiem yassowym. To właśnie spod jego ręki wyszły płyty takich wykonawców jak: Olo Walicki czy zespoły Kury, Kobiety i Pink Freud. Jego ostatnie produkcje to płyty najmłodszej generacji trójmiejskiej sceny alternatywnej: zespołu Kciuk And The Fingers i jednoosobowego (w czasie nagrywania debiutanckiej płyty, dziś występującego już w poszerzonym składzie) projektu Mananasoko.
- Kiedy pracuję nad czymś, do czego mam bliski stosunek emocjonalny, a tak zwykle jest w przypadku materiałów, które nagrywają moi przyjaciele - zwierza się Pawlak - poświęcam się mu o wiele mocniej niż w przypadku jakichś komercyjnych zadań, z którymi nic mnie nie wiąże. Z jednej strony to dobrze, bo wkładam w to więcej serca i to często słychać, z drugiej - bardzo źle. Potrafię bowiem ślęczeć nad czymś bardzo długo. O wiele za długo. Tak było choćby w przypadku płyty zespołu Łoskot, zatytułowanej "Sun", przy której dłubałem ponad rok.
Pawlak nie ma własnego studia, ale - jak twierdzi - znakomicie sobie bez tego radzi.
1
2
następne »
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień











