Ostre plakaty, czyli artyści na ulicy
01.02.2012
aktualizacja: 2012-02-01 14:08
Na ulicach Gdańska, Sopotu i Gdyni od dawna zobaczyć można plakaty inne niż wszystkie, inne niż standardowe, komercyjne afisze filmowe. Przedstawiany trzech z ich autorów: Tomasza Bogusławskiego, Jacka Staniszewskiego oraz Macieja Szupicę.
Przez wiele lat Polska była potęgą w tej dziedzinie. W latach 60. dzieła takich twórców jak m.in. Henryk Tomaszewski, Jan Lenica czy Jan Młodożeniec były na tyle oryginalne i ciekawe, że z miejsca zrobiło się o nich bardzo głośno. Powstałe wówczas określenie "polska szkoła plakatu" było gwarancją jakości, pomysłowości, a często - inteligentnego poczucia humoru. Sława twórców związanych z tą formacją trwa właściwie do dziś - wiele ich plakatów stało się prawdziwymi ikonami, rozpoznawalnymi na pierwszy rzut oka, które można obejrzeć w kolekcjach najważniejszych muzeów świata. A czasem nawet... w hollywoodzkich filmach - kiedy autor scenografii chce dać widzowi do zrozumienia, że bohater jest wyrafinowanym intelektualistą, bardzo chętnie umieszcza na ścianach jego mieszkania plakaty któregoś z polskich twórców.
Potem jednak polski plakat przeżywał poważny kryzys. O wiele łatwiej było przecież zamiast zatrudniać artystę do wymyślenia jakiegoś metaforycznego obrazu, ilustrującego film czy spektakl, umieścić jego tytuł na jakimś atrakcyjnym, kolorowym fotosie. Tak było przez całe lata 90. XX wieku. Ale potem znów coś się zmieniło i do łask znów wróciły nieco bardziej tradycyjne plakaty. Pewien udział miało w tym zjawisku także Trójmiasto. Na ulicach Gdańska, Sopotu i Gdyni od dawna zobaczyć można plakaty inne niż wszystkie, inne niż standardowe, komercyjne afisze filmowe. W Trójmieście od lat za projektowanie plakatów wzięli się artyści związani z gdańską Akademią Sztuk Pięknych, artyści niezwykle oryginalni i w oryginalny sposób podchodzący do plakatów.
Pierwszym, o którym trzeba wspomnieć, jest obecny profesor tej uczelni - Tomasz Bogusławski, związany od lat z Wydziałem Grafiki. - Dorastałem, gdy "polska szkoła plakatu" była fenomenem naszej kultury - opowiada. - Miałem szczęście, po latach poznać osobiście ludzi, którzy ją tworzyli. Kształciłem się u wybitnych grafików związanych z tym kręgiem. To był na pewno ważny impuls, który skierował mnie w stronę plakatu jako niezwykle interesującej formy artystycznej wypowiedzi. Pociągało mnie jego zorientowanie na komunikatywność. Bardziej niż inne dziedziny sztuki plakat mówi do widza, stara się przekazać jasny, lapidarny i precyzyjny komunikat. To duża zaleta tej formy sztuki, ale jednocześnie - z punktu widzenia autora - wielkie wyzwanie. Pierwszy plakat zrealizowałem w zasadzie przypadkiem - dzięki prof. Łajmingowi, który dostał propozycję przygotowania afisza do spektaklu "Czekając na Godota", wystawianego przez Teatr Współczesny w Szczecinie w reżyserii Stanisława Hebanowskiego. Uznał jednak, że może lepiej będzie, jeśli ja się tym zajmę. I tak to się zaczęło: współpracowałem ze szczecińską sceną dość długo, przez kilka lat projektowałem też plakaty dla gdyńskiego Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza. Bogusławski pozostał wierny plakatowi teatralnemu, właściwie tylko tego typu plakaty powstają w jego pracowni. Artysta ma bardzo specyficzny i rozpoznawalny od razu styl - jednym z jego najważniejszych wyznaczników jest używanie wziętych z codziennego życia przedmiotów. - Są one dla mnie swego rodzaju aktorami - zwierza się Bogusławski. - Ale nie tylko one, równie ważne role w moich plakatach grają: litera, płaszczyzna, materia czy kolor. To wszystko tworzy sieć znaczeń, którą w pełni odczytać można tylko wtedy, kiedy weźmie się pod uwagę całość kompozycji. Projektując plakat teatralny, czuję się, nie ukrywam, trochę jak reżyser, który musi jakoś "zagrać" swoimi aktorami i stworzyć dzieło, przekazujące widzowi ideę "dramatu". Nawiązuje oczywiście do samego spektaklu, ale ma także rację autonomicznego bytu. Staram się więc w swoich plakatach stworzyć graficzną metaforę dramatu, przedstawić próbę jego własnej interpretacji. Czyli jest to w jakimś sensie echo przedstawienia, ale echo, które powinno samo w sobie brzmieć co najmniej tak interesująco jak głos, który je powoduje.
Drugą ważną postacią nowego trójmiejskiego plakatu jest Jacek Staniszewski, wieloletni wykładowca pracujący na Akademii Sztuk Pięknych i artysta, który znany jest nie tylko za sprawą swej działalności na niwie sztuk plastycznych, ale także dzięki aktywności na scenie muzycznej. I to właśnie z nią związany jest ważny nurt w jego działalności w dziedzinie projektowania plakatów. Od kilku lat mniej więcej w połowie grudnia trójmiejskie ulice pokrywa prawdziwe morze plakatów anonsujących jedną z najważniejszych lokalnych imprez kulturalnych - festiwal Metropolia Jest Okey - coroczny, odbywający się w dniach między świętami Bożego Narodzenia a sylwestrem, przegląd wszystkiego, co najciekawsze na lokalnej scenie muzycznej. Staniszewski od samego początku zajmuje się projektowaniem oprawy wizualnej tej imprezy, a przygotowane przezeń festiwalowe plakaty uważać można w zasadzie za kwintesencję i definicję jego plakatowego stylu. Artysta tworzy zaskakujące, zabawne kolaże, w których w iście surrealistyczny sposób zderza ze sobą zupełnie niepasujące do siebie elementy. Jako że festiwal odbywa się mieście nad morzem, Staniszewski z upodobaniem pakuje na festiwalowe plakaty jakieś morskie elementy: a to marynarza, a to z kolei - wieloryba.
Podobnym stylem artysta posługuje się od wielu lat przygotowując plakaty na potrzeby sopockiego klubu Sfinks i gdyńskiego klubu Ucho. Tu także najczęściej stosuje kolaże i absurdalne poczucie humoru.
- Wieloletnia współpraca ze Sfinksem była dla mnie wielką przyjemnością, a zarazem: znakomitym polem do doświadczeń i eksperymentów - opowiada Staniszewski. - Właściciele klubu, z jednej strony: osoby zamawiające te plakaty, ale przecież jednocześnie moi bliscy przyjaciele, dawali mi całkowitą swobodę działania, co było dla mnie bardzo wygodne. Plakatem zainteresowałem się już podczas studiów. Pociągała mnie w nim bardzo jego siła i ogromna komunikatywność. Za pomocą tego środka bardzo łatwo jest nawiązać rozmowę z widzem. I to często z zupełnie innym widzem niż ten, z którym "rozmawiają" dzieła powieszone w galerii. Plakat działa przecież na ulicy, dzięki czemu zobaczyć go mogą nawet ci, którzy do galerii nigdy nie zaglądają. Artystyczna rozmowa z nimi jest czymś bardzo ciekawym. Najważniejszym zadaniem, które widzę przy projektowaniu plakatu, jest takie sformułowanie jego przekazu, żeby dotarł on do widza. Dotarł szybko i w niezaburzonej formie - przecież plakat często ogląda się tylko przez moment i ten moment musi wystarczyć, żeby widz zrozumiał, o co chodzi. Dlatego czasem, zwłaszcza kiedy projektuję plakaty o wydźwięku społecznym, zupełnie uciekam od przeładowania najróżniejszymi elementami czy rodzajami czcionek i maksymalnie upraszczam formę - to działa najmocniej i daje najlepszy efekt. Zresztą przy okazji plakatów społecznych mogę też zrealizować coś, na czym zawsze bardzo mi zależy - wyrazić swoją opinię na jakiś ważny dla mnie temat. I to wyrazić ją bardzo wyraźnie i głośno. Przecież plakaty bardzo często krzyczą z murów.
Najmłodszy w tym gronie, choć nie mniej doświadczony, jeśli chodzi o projektowanie plakatów, jest Maciej Szupica, artysta nad wyraz wszechstronny. Jest on dziś znany głównie jako autor teledysków i wizualizacji, były członek zespołu D4D i współzałożyciel formacji Gypsy Pill, autor wielu niecodziennych projektów wizualnych i nie tylko. I mało kto dziś pamięta, że swego czasu Szupica był jednym z najbardziej płodnych autorów plakatów, których nie sposób było nie zauważyć na trójmiejskich ulicach - ma ich w dorobku grubo ponad sto.
- Wszystko zaczęło się jeszcze na studiach - wspomina twórca. - Zaczęliśmy wtedy z kolegami z roku organizować imprezy. Odbywały się one głównie na terenie uczelni, m.in. w klubie Locha, który funkcjonował w piwnicy budynku Akademii Sztuk Pięknych. Potrzebowaliśmy oczywiście plakatów, żeby zachęcić potencjalnych uczestników do wizyty na naszych imprezach. Postanowiliśmy więc, że sami będziemy je projektować, i okazało się, że to zadanie spadło głównie na mnie. Z drugiej strony w tym samym czasie miałem zajęcia z Jackiem Staniszewskim, który dawał nam zadania polegające właśnie na projektowaniu plakatów, zachęcał też do eksperymentów z techniką sitodruku. To się wszystko bardzo spójnie łączyło - skończyło się tak, że zacząłem przygotowywać coraz więcej plakatów i samemu je drukować.
Pierwsze kroki Szupicy w tej dziedzinie uważnie podglądał Robert Florczak, wykładowca na gdańskiej ASP, a jednocześnie, w tamtym czasie, szef sopockiego klubu Sfinks. Plakaty młodego twórcy spodobały mu się na tyle, że zaproponował mu projektowanie afiszy informujących o imprezach w tym popularnym klubie. Za sprawą tej współpracy w dość krótkim czasie powstały dziesiątki projektów - Sfinks był wówczas niezwykle aktywny, jeśli chodzi o imprezy, i każda z nich potrzebowała własnego plakatu.
- Plakat jako forma wyrazu artystycznego zawsze bardzo mnie fascynował - zwierza się Szupica. - Strasznie podoba mi się jego wartość użytkowa i to, że musi zawierać konkretny przekaz, nie może bujać gdzieś w obłokach i używać jakichś nie do końca jasnych metafor. Musi być jasny i wyraźny, od razu dawać do zrozumienia odbiorcy, o co w nim chodzi. Podoba mi się też jego ulotność i tymczasowość, a jednocześnie - bardzo duży wpływ na wygląd miasta, na jego zupełnie zewnętrzną strukturę. Plakaty są jedną z wizualnych warstw przestrzeni miejskiej. Czasem widać to bardzo dosłownie, kiedy ogląda się kolejne warstwy plakatów, naklejonych jedne na drugich i tworzących niezwykły, zaskakujący kolaż. Kiedy zaczynałem projektować plakaty, miałem dość jasny zestaw inspiracji i odniesień. Fascynowały mnie wówczas przede wszystkim rosyjskie projekty konstruktywistyczne z lat 20. i 30. oraz klasyka "polskiej szkoły plakatu". Ale z czasem coraz bardziej zacząłem się fascynować dawnym plakatem amerykańskim, który był bardzo malarski i w niezwykły sposób operował kolorem. Mam nadzieję, że moimi projektami udało się jakoś nawiązać do tych znakomitych wzorów.
Potem jednak polski plakat przeżywał poważny kryzys. O wiele łatwiej było przecież zamiast zatrudniać artystę do wymyślenia jakiegoś metaforycznego obrazu, ilustrującego film czy spektakl, umieścić jego tytuł na jakimś atrakcyjnym, kolorowym fotosie. Tak było przez całe lata 90. XX wieku. Ale potem znów coś się zmieniło i do łask znów wróciły nieco bardziej tradycyjne plakaty. Pewien udział miało w tym zjawisku także Trójmiasto. Na ulicach Gdańska, Sopotu i Gdyni od dawna zobaczyć można plakaty inne niż wszystkie, inne niż standardowe, komercyjne afisze filmowe. W Trójmieście od lat za projektowanie plakatów wzięli się artyści związani z gdańską Akademią Sztuk Pięknych, artyści niezwykle oryginalni i w oryginalny sposób podchodzący do plakatów.
Pierwszym, o którym trzeba wspomnieć, jest obecny profesor tej uczelni - Tomasz Bogusławski, związany od lat z Wydziałem Grafiki. - Dorastałem, gdy "polska szkoła plakatu" była fenomenem naszej kultury - opowiada. - Miałem szczęście, po latach poznać osobiście ludzi, którzy ją tworzyli. Kształciłem się u wybitnych grafików związanych z tym kręgiem. To był na pewno ważny impuls, który skierował mnie w stronę plakatu jako niezwykle interesującej formy artystycznej wypowiedzi. Pociągało mnie jego zorientowanie na komunikatywność. Bardziej niż inne dziedziny sztuki plakat mówi do widza, stara się przekazać jasny, lapidarny i precyzyjny komunikat. To duża zaleta tej formy sztuki, ale jednocześnie - z punktu widzenia autora - wielkie wyzwanie. Pierwszy plakat zrealizowałem w zasadzie przypadkiem - dzięki prof. Łajmingowi, który dostał propozycję przygotowania afisza do spektaklu "Czekając na Godota", wystawianego przez Teatr Współczesny w Szczecinie w reżyserii Stanisława Hebanowskiego. Uznał jednak, że może lepiej będzie, jeśli ja się tym zajmę. I tak to się zaczęło: współpracowałem ze szczecińską sceną dość długo, przez kilka lat projektowałem też plakaty dla gdyńskiego Teatru Miejskiego im. Witolda Gombrowicza. Bogusławski pozostał wierny plakatowi teatralnemu, właściwie tylko tego typu plakaty powstają w jego pracowni. Artysta ma bardzo specyficzny i rozpoznawalny od razu styl - jednym z jego najważniejszych wyznaczników jest używanie wziętych z codziennego życia przedmiotów. - Są one dla mnie swego rodzaju aktorami - zwierza się Bogusławski. - Ale nie tylko one, równie ważne role w moich plakatach grają: litera, płaszczyzna, materia czy kolor. To wszystko tworzy sieć znaczeń, którą w pełni odczytać można tylko wtedy, kiedy weźmie się pod uwagę całość kompozycji. Projektując plakat teatralny, czuję się, nie ukrywam, trochę jak reżyser, który musi jakoś "zagrać" swoimi aktorami i stworzyć dzieło, przekazujące widzowi ideę "dramatu". Nawiązuje oczywiście do samego spektaklu, ale ma także rację autonomicznego bytu. Staram się więc w swoich plakatach stworzyć graficzną metaforę dramatu, przedstawić próbę jego własnej interpretacji. Czyli jest to w jakimś sensie echo przedstawienia, ale echo, które powinno samo w sobie brzmieć co najmniej tak interesująco jak głos, który je powoduje.
Drugą ważną postacią nowego trójmiejskiego plakatu jest Jacek Staniszewski, wieloletni wykładowca pracujący na Akademii Sztuk Pięknych i artysta, który znany jest nie tylko za sprawą swej działalności na niwie sztuk plastycznych, ale także dzięki aktywności na scenie muzycznej. I to właśnie z nią związany jest ważny nurt w jego działalności w dziedzinie projektowania plakatów. Od kilku lat mniej więcej w połowie grudnia trójmiejskie ulice pokrywa prawdziwe morze plakatów anonsujących jedną z najważniejszych lokalnych imprez kulturalnych - festiwal Metropolia Jest Okey - coroczny, odbywający się w dniach między świętami Bożego Narodzenia a sylwestrem, przegląd wszystkiego, co najciekawsze na lokalnej scenie muzycznej. Staniszewski od samego początku zajmuje się projektowaniem oprawy wizualnej tej imprezy, a przygotowane przezeń festiwalowe plakaty uważać można w zasadzie za kwintesencję i definicję jego plakatowego stylu. Artysta tworzy zaskakujące, zabawne kolaże, w których w iście surrealistyczny sposób zderza ze sobą zupełnie niepasujące do siebie elementy. Jako że festiwal odbywa się mieście nad morzem, Staniszewski z upodobaniem pakuje na festiwalowe plakaty jakieś morskie elementy: a to marynarza, a to z kolei - wieloryba.
Podobnym stylem artysta posługuje się od wielu lat przygotowując plakaty na potrzeby sopockiego klubu Sfinks i gdyńskiego klubu Ucho. Tu także najczęściej stosuje kolaże i absurdalne poczucie humoru.
- Wieloletnia współpraca ze Sfinksem była dla mnie wielką przyjemnością, a zarazem: znakomitym polem do doświadczeń i eksperymentów - opowiada Staniszewski. - Właściciele klubu, z jednej strony: osoby zamawiające te plakaty, ale przecież jednocześnie moi bliscy przyjaciele, dawali mi całkowitą swobodę działania, co było dla mnie bardzo wygodne. Plakatem zainteresowałem się już podczas studiów. Pociągała mnie w nim bardzo jego siła i ogromna komunikatywność. Za pomocą tego środka bardzo łatwo jest nawiązać rozmowę z widzem. I to często z zupełnie innym widzem niż ten, z którym "rozmawiają" dzieła powieszone w galerii. Plakat działa przecież na ulicy, dzięki czemu zobaczyć go mogą nawet ci, którzy do galerii nigdy nie zaglądają. Artystyczna rozmowa z nimi jest czymś bardzo ciekawym. Najważniejszym zadaniem, które widzę przy projektowaniu plakatu, jest takie sformułowanie jego przekazu, żeby dotarł on do widza. Dotarł szybko i w niezaburzonej formie - przecież plakat często ogląda się tylko przez moment i ten moment musi wystarczyć, żeby widz zrozumiał, o co chodzi. Dlatego czasem, zwłaszcza kiedy projektuję plakaty o wydźwięku społecznym, zupełnie uciekam od przeładowania najróżniejszymi elementami czy rodzajami czcionek i maksymalnie upraszczam formę - to działa najmocniej i daje najlepszy efekt. Zresztą przy okazji plakatów społecznych mogę też zrealizować coś, na czym zawsze bardzo mi zależy - wyrazić swoją opinię na jakiś ważny dla mnie temat. I to wyrazić ją bardzo wyraźnie i głośno. Przecież plakaty bardzo często krzyczą z murów.
Najmłodszy w tym gronie, choć nie mniej doświadczony, jeśli chodzi o projektowanie plakatów, jest Maciej Szupica, artysta nad wyraz wszechstronny. Jest on dziś znany głównie jako autor teledysków i wizualizacji, były członek zespołu D4D i współzałożyciel formacji Gypsy Pill, autor wielu niecodziennych projektów wizualnych i nie tylko. I mało kto dziś pamięta, że swego czasu Szupica był jednym z najbardziej płodnych autorów plakatów, których nie sposób było nie zauważyć na trójmiejskich ulicach - ma ich w dorobku grubo ponad sto.
- Wszystko zaczęło się jeszcze na studiach - wspomina twórca. - Zaczęliśmy wtedy z kolegami z roku organizować imprezy. Odbywały się one głównie na terenie uczelni, m.in. w klubie Locha, który funkcjonował w piwnicy budynku Akademii Sztuk Pięknych. Potrzebowaliśmy oczywiście plakatów, żeby zachęcić potencjalnych uczestników do wizyty na naszych imprezach. Postanowiliśmy więc, że sami będziemy je projektować, i okazało się, że to zadanie spadło głównie na mnie. Z drugiej strony w tym samym czasie miałem zajęcia z Jackiem Staniszewskim, który dawał nam zadania polegające właśnie na projektowaniu plakatów, zachęcał też do eksperymentów z techniką sitodruku. To się wszystko bardzo spójnie łączyło - skończyło się tak, że zacząłem przygotowywać coraz więcej plakatów i samemu je drukować.
Pierwsze kroki Szupicy w tej dziedzinie uważnie podglądał Robert Florczak, wykładowca na gdańskiej ASP, a jednocześnie, w tamtym czasie, szef sopockiego klubu Sfinks. Plakaty młodego twórcy spodobały mu się na tyle, że zaproponował mu projektowanie afiszy informujących o imprezach w tym popularnym klubie. Za sprawą tej współpracy w dość krótkim czasie powstały dziesiątki projektów - Sfinks był wówczas niezwykle aktywny, jeśli chodzi o imprezy, i każda z nich potrzebowała własnego plakatu.
- Plakat jako forma wyrazu artystycznego zawsze bardzo mnie fascynował - zwierza się Szupica. - Strasznie podoba mi się jego wartość użytkowa i to, że musi zawierać konkretny przekaz, nie może bujać gdzieś w obłokach i używać jakichś nie do końca jasnych metafor. Musi być jasny i wyraźny, od razu dawać do zrozumienia odbiorcy, o co w nim chodzi. Podoba mi się też jego ulotność i tymczasowość, a jednocześnie - bardzo duży wpływ na wygląd miasta, na jego zupełnie zewnętrzną strukturę. Plakaty są jedną z wizualnych warstw przestrzeni miejskiej. Czasem widać to bardzo dosłownie, kiedy ogląda się kolejne warstwy plakatów, naklejonych jedne na drugich i tworzących niezwykły, zaskakujący kolaż. Kiedy zaczynałem projektować plakaty, miałem dość jasny zestaw inspiracji i odniesień. Fascynowały mnie wówczas przede wszystkim rosyjskie projekty konstruktywistyczne z lat 20. i 30. oraz klasyka "polskiej szkoły plakatu". Ale z czasem coraz bardziej zacząłem się fascynować dawnym plakatem amerykańskim, który był bardzo malarski i w niezwykły sposób operował kolorem. Mam nadzieję, że moimi projektami udało się jakoś nawiązać do tych znakomitych wzorów.
- 5 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
-
Ostre plakaty, czyli artyści na ulicy
krisfunwrocka
06.02.12, 14:20
Nie wiedziałem, że Henryk Tomaszewski tworzył plakaty. Chociaż muszę przyznać, że plakaty reklamujące spektakle jego teatru pantomimy we Wrocławiu były kapitalne. Czy autor nie pomylił »
Najczęściej czytane24 htydzień










