Łubieńska: Gdzie się podziały tamte romanse?

Aleksandra Kozłowska, Jowita Kiwnik
20.03.2010 aktualizacja: 2010-03-20 10:37
A A A Drukuj
Krystyna Łubieńska fot. Mateusz Ochocki / AG
Już nasza noc poślubna była dziwna. Wyznał mi nagle, że jest tajnym kurierem i musi wyjść. Zniknął na kilka dni. Potem spotykam na ulicy Dziubdziusia, jego kolegę. I on mówi: "Pani Krystyno, puściła pani tak Erazma? W noc poślubną? My już od trzech dni w brydża gramy!"
Krystyna Łubieńska*: Zanim zaczniemy, chciałabym się z paniami podzielić pewną obserwacją, która mnie bardzo poruszyła. Był akurat Dzień Kobiet, poszłam do małej kwiaciarni w Oliwie, żeby kupić kwiatka przyjaciółce. Jak wychodziłam, przede mną szła para młodych ludzi, chłopak ją tak czule objął i wręczył czerwoną różyczkę. A ona na to: "O kurwa, jaka ładna!". I wtedy pomyślałam: "Jak do tego doszło, że nasze społeczeństwo tak schamiało?"

Aleksandra Kozłowska, Jowita Kiwnik: Cóż, tacy są współcześni Romeo i Julia.

- No to im współczuję. Bo gdzie się podziały piękno i romantyzm? I ta odrobina szaleństwa? Każda rodzina, w tym i moja, ma przecież w swoich dziejach burzliwe, pełne namiętności historie miłosne - a ci młodzi, odnoszę wrażenie, nawet nie znają takich uczuć. Często widzę, że nawet gdy są razem, to i tak każde rozmawia przez swoją komórkę. Dziś młodzi budzą się rano obok siebie nawet nie znając swoich imion. Tymczasem kiedyś mężczyźni pisali miłosną poezję, jak np. mój tata do mamy, długie, piękne listy. Najgorętszy romans w mojej rodzinie to był związek mojej ciotecznej babki Anieli Rzążewskiej ze Stefanem Żeromskim. Laura z " Przedwiośnia" to właśnie ona.

Jak wyglądało ich love story?

- Och, Żeromski wszystko dokładnie opisał w swoich pamiętnikach. Ona była wdową po literacie Adamie Rzążewskim, którego pochowała w Paryżu. Kiedy wróciła po pogrzebie do kraju, Żeromski został - przez zupełny przypadek - guwernerem jej synów. Była o osiem lat od niego starsza, a przy tym wykształcona, obyta. Żeromski zachwycał się jej domem, który był salonem spotkań pisarzy i jedną wielką biblioteką. Ale - proszę jacy są mężczyźni - gdy już ją zdobył, a odbyło się to w jej majątku, w jakimś nieużywanym pokoju, na futrze, gdy jej namiętność - którą tak się zachwycał pisząc, że Aniela, jako jedyna znana mu kobieta tak naturalnie i swobodnie czuje się naga i tak chętnie pozbywa się ubrań - szybko go zmęczyła, zaczął narzekać, że ona go nudzi, że ciągle tylko majtki zdejmuje. Wspominał nawet kolory jej dessous... Ale przyznawał też samokrytycznie, że siedzi w nim kawał świni. I pewnie ta wewnętrzna świnia pchnęła go do kolejnego romansu - tym razem z jej siostrą Natalią, mężatką. Babka zaczęła coś podejrzewać i najzwyczajniej w świecie, nieelegancko ich śledzić. Aż w końcu przyłapała ich na schadzce w lesie. Z rozpaczy i złości wykradła list Żeromskiego do swojej siostry i pokazała jej mężowi, lekarzowi, który niczego nieświadomy leczył Żeromskiego z gruźlicy. Aniela potem wyszła drugi raz za mąż, za jakiegoś wioskowego hreczkosieja. Ale Stefana pamiętała, była na jego pogrzebie - czarna, zawoalowana, zapłakana.

Teraz ludzie przecież też romansują. Tylko trochę inaczej to wygląda: zamiast listów piszą SMS-y i maile. Bywa też i tak, że poznają się "w sieci", mejlują przez rok nawet nie widząc się na oczy, a jak już kończą znajomość, to też za pomocą SMS-a albo mejla.

- To prawdziwa tragedia naszych czasów! Świadectwo samotności współczesnego człowieka. Pilch w niedawnym wywiadzie w waszej "G azecie" powiedział, że internet jest niczym innym jak wielką rzeką gówna. Ja bym się aż tak ostro nie wyraziła, bo to jednak ogromna wygoda - można np. zarezerwować pokój na drugim końcu świata, ale zdecydowanie nie służy temu, by zbliżać ludzi, szczególnie przeciwnej płci.

A co zbliża?

- Prawdziwa, bezpośrednia rozmowa. Ale na to potrzeba czasu, a ludzie teraz są tak zapracowani, zagonieni - taki wyścig szczurów! Mam bratanicę, psychologa klinicznego, do której trafia cała masa osób wypalonych takim trybem życia, prawdziwe emocjonalne wraki. A przepracowani mężczyźni są bezradni wobec łóżka, impotencja to ich dramat. Kiedyś było inaczej - radośniej, piękniej. Mam wrażenie, że dzisiaj ludziom brakuje pasji, wybierają pracę, która daje im pieniądze, a nie taką, którą lubią. Mama zawsze mi powtarzała: "Pamiętaj, moje dziecko - w ciągu chwili straciliśmy dorobek pokoleń, ale nie musisz być bogata, żeby bogato żyć."

Czy pani życie uczuciowe było takie jak radziła mama - bogate?

- Wyszłam za mąż bardzo młodo, nie miałam jeszcze 18 lat. Erazm Łubieński był moim kuzynem, pięć lat starszym. Uwielbiał moją mamę. Gdy prosił ją o moją rękę, padł z impetem na kolana, rozdarł koszulę, wyjął nóż i mierząc sobie w pierś zakrzyknął: "Maminko, jeśli Krysia za mnie nie wyjdzie, zabiję się!". Ja właśnie wróciłam ze szkoły, weszłam prosto na tę scenę i powiedziałam: "Za wariata nie wyjdę". Ale wyszłam.

Długo byliście małżeństwem?

- Zaledwie parę lat, byliśmy chyba za młodzi. Już nasza noc poślubna była dziwna. W sypialni mąż nagle powiedział, że musi wyjść. Padłam na podłogę, otworzyłam okno - a był wtedy listopad krzycząc, że się nie zgadzam. Wtedy wyznał, że jest tajnym kurierem i musi przewieźć uran przez wschodnią granicę. Byłam pod wrażeniem, że mam takiego bohatera za męża. Nie było go przez kilka dni. Potem spotykam na ulicy Dziubdziusia, jego kolegę, który też był na naszym ślubie. I on mówi: "Pani Krystyno, puściła pani tak Erazma? W noc poślubną? My już od trzech dni w brydża gramy!". Byłam w szoku. Jakiś czas znosiłam tę pasję męża. W końcu się rozwiedliśmy. Teraz, od wielu lat, mam mojego Józia. I jesteśmy szczęśliwi.

A jak pani zakończyła tamten związek?

- Nie wypadało inaczej jak tylko szczerze porozmawiać. Powiedziałam: "Erasiu, ja już tego dłużej nie zniosę. Nie śpię nocami i czekam na ciebie" - bo jako młoda studentka miałam szkołę, dużo zajęć, ale noce wolne. On bardzo przeżył to rozstanie. I, mimo że później ponownie się ożenił, w jednym z listów do mojej mamy napisał, że byłam największą miłością jego życia. Przyjaźniliśmy się zresztą do końca. Ech... kiedyś mężczyźni mieli po prostu klasę.

Mój dziadek tylko raz krzyknął na moją mamę - gdy spieniła konia, bo spieszyła się do domu wracając od kuzynek, a dziadek się zdenerwował, bo nie można tak męczyć zwierzęcia. W tamtych czasach podnoszenie głosu, brak opanowania, były zachowaniem prostackim.

To znaczy, że ludzie się nie denerwowali?

- Na pewno się denerwowali, ale inaczej. Obowiązywały normy towarzyskie i po prostu nie wypadało tracić panowania nad sobą. Ani tym bardziej wulgarnie się wyrażać. Gdy pewnego dnia, już jako młoda aktorka, wróciłam z teatru, coś opowiadałam i wyrwało mi się "bo to było do dupy". Moja matka prawie zemdlała: - Nigdy więcej tak przy mnie nie mów - odgrażała się. Gdy zmarła, podczas pogrzebu arcybiskup Gocłowski powiedział: "Takich dam już nie ma...", z kolei Jerzy Waldorff, skądinąd również przyjaciel rodziny, zwykł powtarzać, że była jedną z najpiękniejszych kobiet Warszawy, a nigdy się nie malowała!

A pani, jak ją pamięta?

- Wyszłam z domu, gdzie była wielka miłość. Moi rodzice poznali się, gdy mama miała zaledwie 15 lat. To były bardzo burzliwe czasy - obie rodziny uciekały przed rewolucją: rodzina mamy z majątku Aleksandrowo na dzisiejszej Litwie, ojca z Warszawy. Wylądowali w Kazaniu, i tam w Kole Polskim po raz pierwszy się zobaczyli. Musieli na sobie zrobić niebagatelne wrażenie - tak zatańczyli mazura, że dostali pierwszą nagrodę. Ojciec walczył podczas wojny, więc narzeczeństwo rodziców trwało długo. Ale miłość przetrwała. Kiedy brali wyczekany ślub, para młoda (mama, o dziwo nie w białej sukni, a w srebrzystym kostiumie z rajerami na głowie) przemaszerowała pod „tunelem" ze skrzyżowanych ułańskich szabli. Może nie powinnam tego mówić, ale to taka piękna historia - podczas nocy poślubnej, ojciec klęczał przed mamą i recytował poezję, a cały pokój był w kwiatach... Ale mama, wyczerpana emocjami i przyjęciem zasnęła (śmiech). Wtedy rodzice nawet w najgorszych koszmarach nie śnili o tym, że ich szczęście tak szybko się skończy - ojciec został zamordowany w Katyniu. Mama została z dwojgiem małych dzieci, mój brat jeszcze mówić nie umiał. Owszem, miała adoratora - doktora Firleja, ale gdy on poprosił ją o rękę, powiedziała: „Panie doktorze, nie mogę. Przez pamięć dla mego męża". Nawet nie przeszła z nim na „ty", tak kochała ojca. Tamto pokolenie musiało po prostu szybko dorosnąć: wojna, Powstanie Warszawskie - to był skrócony kurs dojrzałości i odpowiedzialności, a to musiało też się przekładać na relacje międzyludzkie.

Co w takim razie pani by radziła dzisiejszym dziewczynom, które też szukają miłości?

- Żeby znajdowały piękno w życiu, nawet w najmniejszych drobiazgach, żeby potrafiły docenić zwykły spacer na molo - tak jak my chodziłyśmy tam w fikuśnych kapeluszach, halkach i rozkloszowanych spódnicach - albo patrzenie w gwiazdy z chłopakiem. Recepty na szczęśliwy związek nie ma, ale zawsze warto walczyć o prawdziwe uczucie, nie poprzestawać na płytkich, przygodnych romansach. Młodość jest z natury szalona i taka powinna pozostać.

Krystyna Łubieńska* : urodzona w Warszawie - sopocianka z wyboru. Mieszka tu od 1969 r. Absolwentka wydziału aktorstwa Studia Teatralnego we Wrocławiu 1956 r. Wieloletnia aktorka Teatru Wybrzeże w Gdańsku. Zagrała ponad 100 ról teatralnych i filmowych - od Szekspira do Zapolskiej. Wystąpiła w filmach, m.in.: " Ósmy dzień tygodnia" , " Mewy", " Tygrysy Europy". Jej mężem jest Józef Kuszewski, założyciel Muzeum Historycznego Miasta Gdańska.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów