Książka on-line nie wyprze tradycyjnej lektury
24.02.2010
aktualizacja: 2010-02-23 19:36
Fot. Kamil Gozdan / Agencja Gazeta
Rozmowa z Krystyną Jezierską, która z mężem prowadzi jeden z najstarszych antykwariatów w Gdańsku
ZOBACZ TAKŻE
- Zdobyć Koronę Trójmiasta, czyli Ola na wysokościach (01-05-10, 17:00)
- Półnagie billboardy: czy to potwierdzenie wiosny? (27-03-10, 08:00)
- Dewianci wszystkich kin, łączcie się! (06-02-10, 16:00)
- Nie tylko "Dom nad rozlewiskiem" (02-02-10, 15:46)
- Nie tylko "Dom nad rozlewiskiem" (07-02-10, 15:14)
- Stop żarciu w kinie (01-02-10, 15:57)
- Jak tu nie tyć, kiedy zimno? (30-01-10, 10:43)
- I jak tu być sexi zimą? (30-01-10, 10:24)
SERWISY
Od 20 lat mamy stałą grupę klientów, wśród nich są m.in. prof. Januszajtis i Donald Tusk, bywał też u nas Günter Grass - opowiada Krystyna Jezierska, gdańska antykwariuszka
Jowita Kiwnik, Aleksandra Kozłowska: Kto w tych czasach może prowadzić antykwariat?
Krystyna Jezierska: Pasjonaci, ludzie którzy nie liczą na stały, duży zarobek a po prostu kochają książki. Oboje z mężem zawsze czytaliśmy i kupowaliśmy książki. Z tej fascynacji wziął się też nasz antykwariat. Adam, mój mąż już w stanie wojennym handlował książkami na rynku we Wrzeszczu, w tamtych czasach nie istniały prywatne antykwariaty - te przedwojenne wykosiła komuna. Dlatego wielu miłośników literatury spotykało się w takich miejscach jak wrzeszczański rynek, który pełnił rolę książkowej giełdy. Wśród klientów Adama znalazł się nawet Günter Grass, który poszukiwał gdańskich pocztówek i oryginalnych gazet z Wolnego miasta Gdańska.
Kiedy założyliście ten antykwariat na Długim Pobrzeżu?
- W 1992 roku, mogę powiedzieć, że mąż był prekursorem sprzedaży książki niemieckiej w Gdańsku i przez kilka lat taka była nasza specjalizacja. Zawsze mieliśmy dużo klientów z Niemiec, przedwojennych Gdańszczan albo ich potomków - interesowały ich głównie związane z Gdańskiem mapy, przewodniki, dawne widokówki i oczywiście literatura niemiecka. Trafiały się prawdziwe białe kruki, starodruki nawet z przełomu XVII i XVIII w. Niestety ten trend powoli się kończy. Przynajmniej na razie.
Dlaczego? Przecież niemieckich turystów w Gdańsku nie brakuje.
- Latem nadal sporo ich do nas zagląda ale to już inne, młodsze pokolenie, które ma inne zainteresowania i często nie umie czytać gotyku. Z drugiej strony wśród sprzedających wzrosła świadomość wartości książki i ludzie już tak chętnie nie pozbywają się swoich zbiorów. Jeszcze do lat 80-tych wszystko co niemieckie automatycznie lądowało na śmietniku, wszyscy chcieli się tego pozbyć, a jak już ktoś był skłonny za to zapłacić to oddawali całe kolekcje z radością. To się skończyło.
Dzisiaj widzimy tu nie tylko literaturę niemiecką.
- Oczywiście, bo interesuje nas też przedwojenna literatura polska - staramy się zdobywać jej jak najwięcej, choć nie jest to łatwe. Mamy np. bardzo ciekawe przewodniki, tak jak ten Juliusza Kłosa po Wilnie z 1929 r. Tego typu wydawnictwa to rzadkość - kiedy ludzie z Kresów po wojnie osiedlali się w Polsce zwykle przywozili ze sobą tylko najpotrzebniejsze i najcenniejsze rzeczy, w tym może dwie, trzy książki. Dzisiaj są one wartościową, pilnie strzeżoną pamiątką rodzinną, z którą nikt nie chce się rozstawać. Poza tym mamy też grafiki, stare fotografie, pocztówki. Trafił do nas cały zbiór zdjęć przedwojennej aktorki Stanisławy Lubicz-Sarnowskiej. Kolekcjonował je jej wieloletni wielbiciel, kiedy zmarł wdowa wyprzedała całą kolekcję.
Kto kupuje tu książki?
- Oprócz turystów i osób, które zaglądają do nas z ciekawości, od 20 lat mamy stałą grupę klientów. Dawniej byli to asystenci, dziś już profesorowie. Wśród nich jest m.in. prof. Andrzej Januszajtis. Zaopatrywał się u nas też Donald Tusk. Częstymi gośćmi są także rodzice, szukający dla swoich pociech książek znanych z własnego dzieciństwa z ilustracjami np. Marcina Szancera albo Bohdana Butenki. Ciekawa sprawa - jeśli chodzi o młodzież to bardzo rzadko ktoś pyta o lektury, właściwie to się nie zdarza. Ale pamiętam jak zaraz po transformacji ustrojowej wśród młodych czytelników zapanował istny szał na pisma Marska, Lenina i roczniki Trybuny Ludu.
A skoro mowa o internecie, nie boi się Pani, że "książka on-line" wyprze papier?
- Myślę, że nigdy do tego nie dojdzie. Rzeczywiście ostatnio widzę, że coraz mniej ludzi kupuje książki. Ale mam nadzieję, że to tylko przejściowy kryzys. Skoro tak często odwołujemy się do Zachodu, to tam widać, że na topie jest np. nie mieć w domu telewizora. A wtedy na pewno ludzie uciekają się do literatury. Potwierdza to moja córka, która mieszka w Paryżu i obserwuje na co dzień mnóstwo pogrążonych w lekturze pasażerów komunikacji miejskiej. I chociaż córka studiuje na uczelni technicznej, to wśród jej pracowników dobrze widziane jest orientowanie się w najnowszych wydawnictwach.
Jowita Kiwnik, Aleksandra Kozłowska: Kto w tych czasach może prowadzić antykwariat?
Krystyna Jezierska: Pasjonaci, ludzie którzy nie liczą na stały, duży zarobek a po prostu kochają książki. Oboje z mężem zawsze czytaliśmy i kupowaliśmy książki. Z tej fascynacji wziął się też nasz antykwariat. Adam, mój mąż już w stanie wojennym handlował książkami na rynku we Wrzeszczu, w tamtych czasach nie istniały prywatne antykwariaty - te przedwojenne wykosiła komuna. Dlatego wielu miłośników literatury spotykało się w takich miejscach jak wrzeszczański rynek, który pełnił rolę książkowej giełdy. Wśród klientów Adama znalazł się nawet Günter Grass, który poszukiwał gdańskich pocztówek i oryginalnych gazet z Wolnego miasta Gdańska.
Kiedy założyliście ten antykwariat na Długim Pobrzeżu?
- W 1992 roku, mogę powiedzieć, że mąż był prekursorem sprzedaży książki niemieckiej w Gdańsku i przez kilka lat taka była nasza specjalizacja. Zawsze mieliśmy dużo klientów z Niemiec, przedwojennych Gdańszczan albo ich potomków - interesowały ich głównie związane z Gdańskiem mapy, przewodniki, dawne widokówki i oczywiście literatura niemiecka. Trafiały się prawdziwe białe kruki, starodruki nawet z przełomu XVII i XVIII w. Niestety ten trend powoli się kończy. Przynajmniej na razie.
Dlaczego? Przecież niemieckich turystów w Gdańsku nie brakuje.
- Latem nadal sporo ich do nas zagląda ale to już inne, młodsze pokolenie, które ma inne zainteresowania i często nie umie czytać gotyku. Z drugiej strony wśród sprzedających wzrosła świadomość wartości książki i ludzie już tak chętnie nie pozbywają się swoich zbiorów. Jeszcze do lat 80-tych wszystko co niemieckie automatycznie lądowało na śmietniku, wszyscy chcieli się tego pozbyć, a jak już ktoś był skłonny za to zapłacić to oddawali całe kolekcje z radością. To się skończyło.
Dzisiaj widzimy tu nie tylko literaturę niemiecką.
- Oczywiście, bo interesuje nas też przedwojenna literatura polska - staramy się zdobywać jej jak najwięcej, choć nie jest to łatwe. Mamy np. bardzo ciekawe przewodniki, tak jak ten Juliusza Kłosa po Wilnie z 1929 r. Tego typu wydawnictwa to rzadkość - kiedy ludzie z Kresów po wojnie osiedlali się w Polsce zwykle przywozili ze sobą tylko najpotrzebniejsze i najcenniejsze rzeczy, w tym może dwie, trzy książki. Dzisiaj są one wartościową, pilnie strzeżoną pamiątką rodzinną, z którą nikt nie chce się rozstawać. Poza tym mamy też grafiki, stare fotografie, pocztówki. Trafił do nas cały zbiór zdjęć przedwojennej aktorki Stanisławy Lubicz-Sarnowskiej. Kolekcjonował je jej wieloletni wielbiciel, kiedy zmarł wdowa wyprzedała całą kolekcję.
Kto kupuje tu książki?
- Oprócz turystów i osób, które zaglądają do nas z ciekawości, od 20 lat mamy stałą grupę klientów. Dawniej byli to asystenci, dziś już profesorowie. Wśród nich jest m.in. prof. Andrzej Januszajtis. Zaopatrywał się u nas też Donald Tusk. Częstymi gośćmi są także rodzice, szukający dla swoich pociech książek znanych z własnego dzieciństwa z ilustracjami np. Marcina Szancera albo Bohdana Butenki. Ciekawa sprawa - jeśli chodzi o młodzież to bardzo rzadko ktoś pyta o lektury, właściwie to się nie zdarza. Ale pamiętam jak zaraz po transformacji ustrojowej wśród młodych czytelników zapanował istny szał na pisma Marska, Lenina i roczniki Trybuny Ludu.
A skoro mowa o internecie, nie boi się Pani, że "książka on-line" wyprze papier?
- Myślę, że nigdy do tego nie dojdzie. Rzeczywiście ostatnio widzę, że coraz mniej ludzi kupuje książki. Ale mam nadzieję, że to tylko przejściowy kryzys. Skoro tak często odwołujemy się do Zachodu, to tam widać, że na topie jest np. nie mieć w domu telewizora. A wtedy na pewno ludzie uciekają się do literatury. Potwierdza to moja córka, która mieszka w Paryżu i obserwuje na co dzień mnóstwo pogrążonych w lekturze pasażerów komunikacji miejskiej. I chociaż córka studiuje na uczelni technicznej, to wśród jej pracowników dobrze widziane jest orientowanie się w najnowszych wydawnictwach.
- 25 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
15 głosów
-
Half price books- Książki za pół ceny
pensioner63
16.03.10, 10:09
W Dallas, gdzie mieszkam jest sieć księgarni - Half price books czyli Książkiza pół ceny. Sprzedają oni zarówno używane książki jak też nowe, którychwydawcom nie udało się sprzedać. W jednej»
-
Książka on-line nie wyprze tradycyjnej lektury
zegrz
16.03.10, 14:00
Nie wiem jak w Gdańsku, ale w W-wie prywatne antykwariaty były zawsze.»
-
Książka on-line nie wyprze tradycyjnej lektury
onepiotrek
16.03.10, 14:00
a ja telewizor, ale nie oglądam...tego ICH bełkotu nie da sięsłuchać...czasem tylko jakiś film...»
Najczęściej czytane24 htydzień




