Dewianci wszystkich kin, łączcie się!
06.02.2010
aktualizacja: 2010-02-23 11:30
Ci, którzy w kinie nie jedzą, pozostają mniejszością, a więc tak naprawdę to oni odstają od normy. Ale nie bójmy się być "kinowymi dewiantami" - wszak to właśnie społeczni dewianci zmieniają świat. Jezus, Gandhi, Wałęsa, wielcy artyści - oni wszyscy nie akceptowali obowiązujących norm i w konsekwencji wytyczali nowe ścieżki - mówi socjolog Paweł Łuczeczko
Aleksandra Kozłowska: Je pan w kinie?
Paweł Łuczeczko: Zasadniczo jem wtedy, kiedy jestem głodny - zdarza mi się więc jeść również w kinie, tym bardziej, że nie naruszam w ten sposób żadnych społecznych norm. Polacy w kinie jedzą i ta obyczajowość zakorzeniła się już na dobre. Co więcej, strategii owego kinowego piknikowania jest całkiem sporo - można konsumować to, co zaproponują nam stanowiska gastronomiczne w multipleksie, ale można przynieść prowiant z domu. Poza tym można jeść w sposób niekulturalny - i to oczywiście jest poza normą - ale można też cicho i kulturalnie, chociaż szelestu papierków zapewne nigdy nie da się uniknąć.
Cicha kinowa konsumpcja to jednak unikalna sprawa, dominuje wszechobecne głośne ciamkanie, mlaskanie i siorbanie. Ciężko to znieść, gdy samemu się nie je.
- No właśnie. Ci, którzy w kinie nie jedzą, pozostają mniejszością, a więc tak naprawdę to oni odstają od normy, to z nimi coś jest nie tak. Sama pani mówi, że ciamkanie jest "wszechobecne". W multipleksie wystarczy się rozejrzeć - niemal każdy je lub pije, albo jedno i drugie na raz. Zatem to my - unikający tego kinowego jedzenia, protestujący przeciw temu, zwracający uwagę "szeleszczącym kinomanom" jesteśmy poza normą - socjologia to nas określiłaby mianem społecznych dewiantów.
Dewiantów?!
- Nie ma w tym określeniu odcienia pejoratywnego - tak określa się ludzi, których zachowanie odstaje od społecznie przyjętej normy. To ci, którym te normy nie odpowiadają, ci, którzy próbują z nimi walczyć np. zwracając uwagę komuś, kogo zachowanie im nie odpowiada. Ale jeśli chodzi o mlaskanie w kinie, to zwracanie uwagi nie przyniosłoby zapewne zamierzonego skutku.
Niestety...
- Warto przy tym zauważyć, że jedzenie podczas oglądania filmu w kinie, to dobry przykład szerszego zjawiska - swoistego zawłaszczania przestrzeni publicznej przez grupy dominujące, zgodnie z zasadą: nas jest więcej, norma jest nasza. To paradoksy demokracji, a kultura masowa jest bodaj najbardziej demokratyczną odmianą kultury Podobne zawłaszczanie przestrzeni dotyczy palenia papierosów w restauracjach czy kawiarniach, albo np. głośnego zachowania w środkach komunikacji.
Owszem, ale choćby po liczbie komentarzy w internecie pod naszym tekstem "Stop żarciu w kinie" widać, że liczba przeciwników kinowego jedzenia też jest całkiem spora. Może tylko siedzą za cicho, zamiast domagać się zmiany tej normy?
- Klasyczna amerykańska antropologia kulturowa podsuwa nam tu pojęcie wzoru kulturowego. Ten wzór to po prostu zespół oczekiwań wobec jednostki, która musi je wypełniać, jeśli chce w miarę sensownie i bezkonfliktowo funkcjonować w społeczeństwie. Wzory te mogą wynikać z tradycji danej kultury, ale mogą być też efektem kulturowej dyfuzji - przenikania nowych wzorów z kultur obcych. Trzeba w tym kontekście pamiętać o tym, że działania zgodne z naszymi wzorami kulturowych zachowań, mogą pozostawać w sprzeczności z wzorami obcymi i odwrotnie. Wystarczy wspomnieć eleganckie niemieckie turystki głośno rozmawiające w naszych tramwajach albo Anglików hałasujących w polskich pubach. Te zachowania nie muszą od razu oznaczać braku kultury, ale wskazują raczej na odmienny wzór kulturowy - u nich takie zachowanie jest zgodne z normą i jak najbardziej akceptowane.
A jedzenie w kinie jest normalne w Stanach.
- No właśnie. To klasyczny przypadek kulturowej dyfuzji - przyjęliśmy hollywoodzkie produkcje, a wraz z nimi cały wzór kulturowy "amerykańskiego oglądactwa". Warto bowiem zwrócić uwagę, że obce zjawiska kulturowe "kupujemy" w pakietach - nie da się wypreparować z pewnej kulturowej całości tylko fragmenciku, który nam się podoba i zostawić całą resztę. Amerykańskie kino masowe to nie tylko sam film, ale i kulturowa otoczka: wspomniany popcorn, cola, głośny śmiech i niewybredne komentarze W specyfikę tego "oglądactwa" wpisana jest też, jak sądzę, specyficzna wspólnotowość. Idzie się do kina, a nie na film - nie po to przecież wybieramy się na "Głupiego i głupszego" żeby w cichości ducha analizować wyrafinowaną psychologię postaci, ale raczej po to, żeby pośmiać się na cały głos, pogadać, poszturchać łokciami z kumplami, podzielić colą z wybranką serca, a kolegę dla żartu obrzucić popcornem. Niewątpliwie kupiliśmy amerykańskie produkcje filmowe z całą tą otoczką. Podobnie zresztą jak Walentynki - nie da się importować samej tylko idei wyznania miłości 14 lutego - masowa kultura proponuje cały pakiet, zawierający także wysłanie kartki lub kartek walentynkowych, sprezentowanie "słodkiego" pluszowego serca, romantyczną kolację i obowiązkową romantyczną komedię, która właśnie w ten dzień ma oczywiście swoją premierę
Rozumiem, że społeczni dewianci kinowi stoją na straconej pozycji.
- Niekoniecznie, choć w multipleksach zapewne tak. Każde miejsce ma przecież swoją publiczność, to ona generuje obowiązujące tam normy. Socjologowie podkreślają znaczenie społecznego składu tej publiczności - ważne jest, z jakich warstw społecznych ona się rekrutuje. W masowym kinie będą nią ludzie z warstw niższych i średnich, o niskim bądź średnim kapitale kulturowym, zaś w teatrze czy filharmonii publiczność znacznie bardziej wyrafinowana. Inny skład publiczności będzie też miał mały dyskusyjny klub filmowy, gdzie z pewnością nie natkniemy się na "Głupiego i głupszego", popcorn i colę, ale raczej na retrospektywę Bergmana z lampką wina i intelektualną dysputą po projekcji.
Samo miejsce, choćby nie wiadomo jak szacowne, nie odmieni magicznie odbiorców. Wystarczy spojrzeć na uczniów zagonionych przez nauczycieli do teatru - będą się tam zachowywać jak w masowym kinie: głośno komentować grę aktorów, rechotać, szeleścić papierkami. Nie stanowią przecież typowej publiczności teatralnej, teatralne normy są im obce. Są w tym miejscu publicznością przypadkową i prezentują swój "kinowy wzór kultury".
To może przydałaby się nauka dobrych manier w szkole?
- To, jak sądzę, zadanie rodziców. Poza tym zastanówmy się co by to zmieniło - maniery to tylko powierzchnia Szeroko rozumiana kultura jest przyjmowana bezrefleksyjnie, stosujemy się do naszych wzorów kultury nie zastanawiając się, jak to wszystko działa. To tak jak z używaniem języka polskiego - można całkiem dobrze mówić po polsku, nie znając zasad gramatyki. Dla antropologa to naturalne, że kultura się zmienia - pewne zjawiska się pojawiają, inne zanikają, wzbudzając przy tym zachwyt jednych (np. tych którzy w kinie jeść lubią) i oburzenie innych (tych, których chrupanie popcornu irytuje). Zmiany kultury przypominają tu w pewnym sensie biologiczną ewolucję gatunków - selekcję naturalną w przyrodzie. Pewne wzory kultury muszą ustąpić miejsca innym. Antropologa ten proces nie oburza, ale niewątpliwie fascynuje.
A może jednak warto spróbować zmienić multipleksy? Jedna sala "dla niejedzących" mogłaby być dobrym rozwiązaniem.
- Ale musimy pamiętać, że multipleksy to przede wszystkim przedsiębiorstwa - nie uprawiają działalności misyjnej i istotny jest dla nich przede wszystkim wymiar ekonomiczny. Myślę, że gdyby znalazła się znacząca grupa konsumentów, która wyraźnie zażądałaby swojego miejsca bez popcornu i mlaskania, sytuacja mogłaby się zmienić. Popyt musiałby wygenerować podaż. Przecież multipleksy przygotowały już ofertę dla mam z małymi dziećmi albo Kino na Obcasach skierowane do kobiet.
Warto też podkreślić rzecz być może kluczową - kultura nie znosi braku równowagi. Każde zjawisko natychmiast otrzymuje swoistą przeciwwagę. Gdy odchylenie kultury od stanu homeostazy staje się zbyt silne, szybko pojawia się ruch kontrkulturowy.
Paweł Łuczeczko: Zasadniczo jem wtedy, kiedy jestem głodny - zdarza mi się więc jeść również w kinie, tym bardziej, że nie naruszam w ten sposób żadnych społecznych norm. Polacy w kinie jedzą i ta obyczajowość zakorzeniła się już na dobre. Co więcej, strategii owego kinowego piknikowania jest całkiem sporo - można konsumować to, co zaproponują nam stanowiska gastronomiczne w multipleksie, ale można przynieść prowiant z domu. Poza tym można jeść w sposób niekulturalny - i to oczywiście jest poza normą - ale można też cicho i kulturalnie, chociaż szelestu papierków zapewne nigdy nie da się uniknąć.
Cicha kinowa konsumpcja to jednak unikalna sprawa, dominuje wszechobecne głośne ciamkanie, mlaskanie i siorbanie. Ciężko to znieść, gdy samemu się nie je.
- No właśnie. Ci, którzy w kinie nie jedzą, pozostają mniejszością, a więc tak naprawdę to oni odstają od normy, to z nimi coś jest nie tak. Sama pani mówi, że ciamkanie jest "wszechobecne". W multipleksie wystarczy się rozejrzeć - niemal każdy je lub pije, albo jedno i drugie na raz. Zatem to my - unikający tego kinowego jedzenia, protestujący przeciw temu, zwracający uwagę "szeleszczącym kinomanom" jesteśmy poza normą - socjologia to nas określiłaby mianem społecznych dewiantów.
Dewiantów?!
- Nie ma w tym określeniu odcienia pejoratywnego - tak określa się ludzi, których zachowanie odstaje od społecznie przyjętej normy. To ci, którym te normy nie odpowiadają, ci, którzy próbują z nimi walczyć np. zwracając uwagę komuś, kogo zachowanie im nie odpowiada. Ale jeśli chodzi o mlaskanie w kinie, to zwracanie uwagi nie przyniosłoby zapewne zamierzonego skutku.
Niestety...
- Warto przy tym zauważyć, że jedzenie podczas oglądania filmu w kinie, to dobry przykład szerszego zjawiska - swoistego zawłaszczania przestrzeni publicznej przez grupy dominujące, zgodnie z zasadą: nas jest więcej, norma jest nasza. To paradoksy demokracji, a kultura masowa jest bodaj najbardziej demokratyczną odmianą kultury Podobne zawłaszczanie przestrzeni dotyczy palenia papierosów w restauracjach czy kawiarniach, albo np. głośnego zachowania w środkach komunikacji.
Owszem, ale choćby po liczbie komentarzy w internecie pod naszym tekstem "Stop żarciu w kinie" widać, że liczba przeciwników kinowego jedzenia też jest całkiem spora. Może tylko siedzą za cicho, zamiast domagać się zmiany tej normy?
- Klasyczna amerykańska antropologia kulturowa podsuwa nam tu pojęcie wzoru kulturowego. Ten wzór to po prostu zespół oczekiwań wobec jednostki, która musi je wypełniać, jeśli chce w miarę sensownie i bezkonfliktowo funkcjonować w społeczeństwie. Wzory te mogą wynikać z tradycji danej kultury, ale mogą być też efektem kulturowej dyfuzji - przenikania nowych wzorów z kultur obcych. Trzeba w tym kontekście pamiętać o tym, że działania zgodne z naszymi wzorami kulturowych zachowań, mogą pozostawać w sprzeczności z wzorami obcymi i odwrotnie. Wystarczy wspomnieć eleganckie niemieckie turystki głośno rozmawiające w naszych tramwajach albo Anglików hałasujących w polskich pubach. Te zachowania nie muszą od razu oznaczać braku kultury, ale wskazują raczej na odmienny wzór kulturowy - u nich takie zachowanie jest zgodne z normą i jak najbardziej akceptowane.
A jedzenie w kinie jest normalne w Stanach.
- No właśnie. To klasyczny przypadek kulturowej dyfuzji - przyjęliśmy hollywoodzkie produkcje, a wraz z nimi cały wzór kulturowy "amerykańskiego oglądactwa". Warto bowiem zwrócić uwagę, że obce zjawiska kulturowe "kupujemy" w pakietach - nie da się wypreparować z pewnej kulturowej całości tylko fragmenciku, który nam się podoba i zostawić całą resztę. Amerykańskie kino masowe to nie tylko sam film, ale i kulturowa otoczka: wspomniany popcorn, cola, głośny śmiech i niewybredne komentarze W specyfikę tego "oglądactwa" wpisana jest też, jak sądzę, specyficzna wspólnotowość. Idzie się do kina, a nie na film - nie po to przecież wybieramy się na "Głupiego i głupszego" żeby w cichości ducha analizować wyrafinowaną psychologię postaci, ale raczej po to, żeby pośmiać się na cały głos, pogadać, poszturchać łokciami z kumplami, podzielić colą z wybranką serca, a kolegę dla żartu obrzucić popcornem. Niewątpliwie kupiliśmy amerykańskie produkcje filmowe z całą tą otoczką. Podobnie zresztą jak Walentynki - nie da się importować samej tylko idei wyznania miłości 14 lutego - masowa kultura proponuje cały pakiet, zawierający także wysłanie kartki lub kartek walentynkowych, sprezentowanie "słodkiego" pluszowego serca, romantyczną kolację i obowiązkową romantyczną komedię, która właśnie w ten dzień ma oczywiście swoją premierę
Rozumiem, że społeczni dewianci kinowi stoją na straconej pozycji.
- Niekoniecznie, choć w multipleksach zapewne tak. Każde miejsce ma przecież swoją publiczność, to ona generuje obowiązujące tam normy. Socjologowie podkreślają znaczenie społecznego składu tej publiczności - ważne jest, z jakich warstw społecznych ona się rekrutuje. W masowym kinie będą nią ludzie z warstw niższych i średnich, o niskim bądź średnim kapitale kulturowym, zaś w teatrze czy filharmonii publiczność znacznie bardziej wyrafinowana. Inny skład publiczności będzie też miał mały dyskusyjny klub filmowy, gdzie z pewnością nie natkniemy się na "Głupiego i głupszego", popcorn i colę, ale raczej na retrospektywę Bergmana z lampką wina i intelektualną dysputą po projekcji.
Samo miejsce, choćby nie wiadomo jak szacowne, nie odmieni magicznie odbiorców. Wystarczy spojrzeć na uczniów zagonionych przez nauczycieli do teatru - będą się tam zachowywać jak w masowym kinie: głośno komentować grę aktorów, rechotać, szeleścić papierkami. Nie stanowią przecież typowej publiczności teatralnej, teatralne normy są im obce. Są w tym miejscu publicznością przypadkową i prezentują swój "kinowy wzór kultury".
To może przydałaby się nauka dobrych manier w szkole?
- To, jak sądzę, zadanie rodziców. Poza tym zastanówmy się co by to zmieniło - maniery to tylko powierzchnia Szeroko rozumiana kultura jest przyjmowana bezrefleksyjnie, stosujemy się do naszych wzorów kultury nie zastanawiając się, jak to wszystko działa. To tak jak z używaniem języka polskiego - można całkiem dobrze mówić po polsku, nie znając zasad gramatyki. Dla antropologa to naturalne, że kultura się zmienia - pewne zjawiska się pojawiają, inne zanikają, wzbudzając przy tym zachwyt jednych (np. tych którzy w kinie jeść lubią) i oburzenie innych (tych, których chrupanie popcornu irytuje). Zmiany kultury przypominają tu w pewnym sensie biologiczną ewolucję gatunków - selekcję naturalną w przyrodzie. Pewne wzory kultury muszą ustąpić miejsca innym. Antropologa ten proces nie oburza, ale niewątpliwie fascynuje.
A może jednak warto spróbować zmienić multipleksy? Jedna sala "dla niejedzących" mogłaby być dobrym rozwiązaniem.
- Ale musimy pamiętać, że multipleksy to przede wszystkim przedsiębiorstwa - nie uprawiają działalności misyjnej i istotny jest dla nich przede wszystkim wymiar ekonomiczny. Myślę, że gdyby znalazła się znacząca grupa konsumentów, która wyraźnie zażądałaby swojego miejsca bez popcornu i mlaskania, sytuacja mogłaby się zmienić. Popyt musiałby wygenerować podaż. Przecież multipleksy przygotowały już ofertę dla mam z małymi dziećmi albo Kino na Obcasach skierowane do kobiet.
Warto też podkreślić rzecz być może kluczową - kultura nie znosi braku równowagi. Każde zjawisko natychmiast otrzymuje swoistą przeciwwagę. Gdy odchylenie kultury od stanu homeostazy staje się zbyt silne, szybko pojawia się ruch kontrkulturowy.
1
2
następne »
- 38 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
19 głosów
-
Dewianci wszystkich kin, łączcie się!
racjonalista6666
07.02.10, 06:30
Kiedyś po prostu hołota siedziała w domu, niestety takie czasy, kino, teatr, stały się ogólnodostępną rozrywką i tak to już jest. Myślę że jest to także kwestia kultury osobistej, jak »
-
Żarli i będą żreć.
ludwikowiec
07.02.10, 10:20
Kino większość zysków czerpie właśnie z żarcia, nie z biletów.»
Najczęściej czytane24 htydzień







