Odmień swoją szafę, czyli ekologiczna wymiana ciuchów
14.12.2009
aktualizacja: 2009-12-14 11:11
- Ten zestaw to miałam jeszcze na maturze - Kaśka wyrzuca na środek pokoju marynarkę i czarną mini. - Ale teraz to znowu jest modne, może któraś weźmie. W ramach zielonej ścieżki wymieniamy się ciuchami. Czyli jak ubrać się od stóp do głów i nie wydać ani złotówki.
ZOBACZ TAKŻE
- Wchodzić w ekologię krok po kroku (14-12-09, 11:12)
- Osiemnaste urodziny Sfinksa (10-12-09, 18:51)
- Animować Trójmiasto światową animacją (09-12-09, 12:06)
- Wszystkie światła na Gdynię (13-11-09, 16:00)
SERWISY
Niedzielny wieczór w mieszkaniu u Jowity. Za oknem ciemno a na podłodze w pokoju piętrzą się wypchane ubraniami torby. W końcu "clothes swap" jest ostatnio nie tylko bardzo popularny ale też ekologiczny. Pod ścianą stoi duże lustro. A my pijemy w kuchni wino, kawę i herbatę zagryzamy chrupkami (ekologicznymi!), plotkujemy i czekamy na ostatnie spóźnialskie. ("Ejże, ile jeszcze mamy czekać?", "To, co zaczynamy?", "Może poczekajmy jeszcze chwilkę"). W końcu: przyjeżdżają! Nareszcie możemy zapoznać się z zawartością ciuchowych worków. Zasada jest prosta: każda przyniosła ubrania, które już się jej znudziły, z których wyrosła, albo kupiła, ale od lat leżą odłogiem. - Zrobiłam przegląd całej szafy. Tym razem byłam bezwzględna - przyznaje Aneta. - Bo nie oszukujmy się, skoro czegoś nie założyłam przez dwa, trzy lata, to już na pewno tego nie włożę.
Przyniesione rzeczy lądują na jednym stosie spodni, sukienek, torebek, butów, szalików i rękawiczek. - To jak w lumpeksie, tylko lepiej - cieszy się Kaśka. - Jowita to chyba twoje, co? Pamiętam, jak nosiłaś.
- Tylko, pamiętajcie, nie wyśmiewamy się z rzeczy, bo komuś może zrobić się przykro - ustalamy.
Z wypiekami na twarzy, rozwianymi włosami i błyszczącymi oczami przeszukujemy usypany stos. - Ej, ale ja nie chcę siedzieć obok swoich ciuchów! - skarży się ktoś. - Co trafiam, to na moje. Przesiadam się.
Co chwilę z góry ktoś wyciąga niezłą bluzkę, sweterek a nawet zupełnie nowe bikini. - Kupiłam, bo nie mogłam się powstrzymać. A potem na plaży się okazało, że biust mi ze stanika wypada. Raz na sobie miałam - przekonuje właścicielka.
Co jakiś czas ktoś rzuca hasło: "mieszamy" i wtedy wszystkie dziewczyny zapamiętale przerzucają leżące na podłodze ubrania. Okazuje się, że na dnie ubraniowej góry leżą nie odkryte jeszcze złoża. - O, a tego to jeszcze nie widziałam - wykrzykuje z radością Magda. - Ale fajna bluzka. Biorę!
Dzwoni domofon. - Nowe ciuchy przyszły - cieszymy się.
- Ja tylko kilka bluzek - mityguje się Bożena dokładając do sterty nowo przyniesione rzeczy. - Bo wszystko inne już oddałam.
Ładne topy szybko znajdują nowe właścicielki.
W stercie kolorowych ubrań nie zabrakło sukienki na ramiączkach w panterkę, turkusowej satynowej koszuli na wysoki połysk a nawet...prawdziwej sukni ślubnej. - No bo w końcu ile taka suknia może wisieć w szafie? - wzdycha melancholijnie koleżanka. - Chociaż to zawsze wspomnienia, kupowałam tę sukienkę z mamą.
Furorę robi czarna sukienka w czerwone grochy. - Nabyłam w lumpeksie. Nawet dałam to przerobienia, to chyba jednak nie mój styl. - mówi Renata, wielbicielka bojówek i glanów. - Poza tym nie wiem czemu ale nie za dobrze leży.
Faktycznie. Po kolei mierzymy piękną sukienkę i na żadną z nas nie pasuje. - Kurcze, na biuście mała, w pasie za szeroka - syczy Bożena.
- A może bym ją do krawcowej dała i paskiem ścisnęła - próbuje przekonać koleżanki Jowita.
- Nic by to nie dało - studzą zapał koleżanki.
- To chyba jakiś nietypowy rozmiar - stwierdzamy zgodnie.
- Bo tutaj jest napisane, że to dla dziewczynek na 12-13 lat - Aneta skrupulatnie ogląda metkę.
Po dwóch godzinach góra fatałaszków wyraźnie maleje. Robimy ostatni casting na ciuchy. - Kto chciałby taką bluzkę? A może te spodnie? - prezentujemy sztuki, które nie znalazły właściciela. - Oj, buty fajne ale trzy rozmiary za duże - ubolewa Jowita.
Rzeczy, które "nie zeszły" pakujemy. Następnego dnia odwozimy wszystkie do Punktu Charytatywnego Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta w Sopocie.
- Na pewno się przydadzą - zapewnia wolontariuszka, która odbiera od nas pęczniejące od ubrań worki. - Do nas całe rodziny przychodzą się ubrać, ostatnio była mama z nastoletnią córką, czegoś dla dziewczynki szukały, teraz to by pewnie miała w czym wybierać.
Przyniesione rzeczy lądują na jednym stosie spodni, sukienek, torebek, butów, szalików i rękawiczek. - To jak w lumpeksie, tylko lepiej - cieszy się Kaśka. - Jowita to chyba twoje, co? Pamiętam, jak nosiłaś.
- Tylko, pamiętajcie, nie wyśmiewamy się z rzeczy, bo komuś może zrobić się przykro - ustalamy.
Z wypiekami na twarzy, rozwianymi włosami i błyszczącymi oczami przeszukujemy usypany stos. - Ej, ale ja nie chcę siedzieć obok swoich ciuchów! - skarży się ktoś. - Co trafiam, to na moje. Przesiadam się.
Co chwilę z góry ktoś wyciąga niezłą bluzkę, sweterek a nawet zupełnie nowe bikini. - Kupiłam, bo nie mogłam się powstrzymać. A potem na plaży się okazało, że biust mi ze stanika wypada. Raz na sobie miałam - przekonuje właścicielka.
Co jakiś czas ktoś rzuca hasło: "mieszamy" i wtedy wszystkie dziewczyny zapamiętale przerzucają leżące na podłodze ubrania. Okazuje się, że na dnie ubraniowej góry leżą nie odkryte jeszcze złoża. - O, a tego to jeszcze nie widziałam - wykrzykuje z radością Magda. - Ale fajna bluzka. Biorę!
Dzwoni domofon. - Nowe ciuchy przyszły - cieszymy się.
- Ja tylko kilka bluzek - mityguje się Bożena dokładając do sterty nowo przyniesione rzeczy. - Bo wszystko inne już oddałam.
Ładne topy szybko znajdują nowe właścicielki.
W stercie kolorowych ubrań nie zabrakło sukienki na ramiączkach w panterkę, turkusowej satynowej koszuli na wysoki połysk a nawet...prawdziwej sukni ślubnej. - No bo w końcu ile taka suknia może wisieć w szafie? - wzdycha melancholijnie koleżanka. - Chociaż to zawsze wspomnienia, kupowałam tę sukienkę z mamą.
Furorę robi czarna sukienka w czerwone grochy. - Nabyłam w lumpeksie. Nawet dałam to przerobienia, to chyba jednak nie mój styl. - mówi Renata, wielbicielka bojówek i glanów. - Poza tym nie wiem czemu ale nie za dobrze leży.
Faktycznie. Po kolei mierzymy piękną sukienkę i na żadną z nas nie pasuje. - Kurcze, na biuście mała, w pasie za szeroka - syczy Bożena.
- A może bym ją do krawcowej dała i paskiem ścisnęła - próbuje przekonać koleżanki Jowita.
- Nic by to nie dało - studzą zapał koleżanki.
- To chyba jakiś nietypowy rozmiar - stwierdzamy zgodnie.
- Bo tutaj jest napisane, że to dla dziewczynek na 12-13 lat - Aneta skrupulatnie ogląda metkę.
Po dwóch godzinach góra fatałaszków wyraźnie maleje. Robimy ostatni casting na ciuchy. - Kto chciałby taką bluzkę? A może te spodnie? - prezentujemy sztuki, które nie znalazły właściciela. - Oj, buty fajne ale trzy rozmiary za duże - ubolewa Jowita.
Rzeczy, które "nie zeszły" pakujemy. Następnego dnia odwozimy wszystkie do Punktu Charytatywnego Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta w Sopocie.
- Na pewno się przydadzą - zapewnia wolontariuszka, która odbiera od nas pęczniejące od ubrań worki. - Do nas całe rodziny przychodzą się ubrać, ostatnio była mama z nastoletnią córką, czegoś dla dziewczynki szukały, teraz to by pewnie miała w czym wybierać.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień








