Żarówkowy patrol
01.12.2009
aktualizacja: 2009-12-01 10:30
Fot. Huber & Starke Image Source
Chyba popadam w lekką manię ale udaje mi się postawić na swoim. Ale nie jest łatwo, oj nie.
ZOBACZ TAKŻE
- Wchodzić w ekologię krok po kroku (14-12-09, 11:12)
- "Eko" na etykietce to za mało, by marchew była zdrowa (13-12-09, 20:09)
- Clean Clothes. Noś ciuchy z czystym sumieniem (10-12-09, 07:00)
- W poszukiwaniu ekologicznych ciuchów (09-12-09, 11:03)
- Butelki na prawo, słoiki na lewo, czyli segreguję śmieci (09-12-09, 11:00)
- Na zielonej ścieżce: szkło osobno, plastik osobno (03-12-09, 11:17)
- Na zielonej ścieżce - ekologiczna kolacja (02-12-09, 10:32)
Poniedziałek, 30 listopada 2009
Pierwszy weekend na "zielonej ścieżce" za nami. W ramach dalszego oszczędzania energii wymieniłam dwie zwykłe żarówki na energooszczędne (reszta już do nich należała) oraz wyrobiłam w sobie - mam nadzieję, że trwały - nawyk gaszenia niepotrzebnych świateł (pozostaje jeszcze wyrobić go u nieco opornej rodziny).
W praktyce wygląda to tak, że stworzyłam jednoosobowe domowe służby porządkowe, ich zadaniem jest regularne patrolowanie otoczenia. Idę np. do kuchni - a tu pali się górne światło oraz lampka na stole, a co gorsza nikt z tej feerii świateł nie korzysta: dzieci urzędują w swoich pokojach, Pit przy komputerze, ja właśnie wróciłam z roweru. Gaszę więc zbędny light i przypominam rodzinie o niedawno wprowadzonych ekologicznych zasadach. Obchód trwa dalej - w tzw. schowku (nieduże ale niezwykle przydatne pomieszczonko za łazienką łączące w sobie funkcje garderoby, biblioteki i pokoju psa) też nie wiadomo dla kogo pali się światło. Ktoś nastawiał pranie i oczywiście zostawił przy okazji zapaloną (co z tego, że energooszczędną) żarówkę. Gniewnie mruczę i z mocą wciskam wyłącznik. Po drodze wstępuję do córki, której przypominam o wyciąganiu nieużywanej ładowarki z gniazdka, synalka zaś pytam, czy rzeczywiście potrzebuje trzech włączonych naraz małych lampek i jednej "górnej". Coś tam odmrukuje (wciąż jest trochę obrażony po tym jak wtargnęłam do łazienki, gdy się mył i stanowczo zażądałam zakręcania wody podczas mydlenia się, wystarczy że się pół godziny potem spłukuje), ale grzecznie gasi jedno światło.
Zastanawiając się czy przypadkiem nie popadam w manię, docieram do naszego pokoju, gdzie wyłączam zostawiony samemu sobie komputer oraz wciskam guzik telewizora (paliła się czerwona lampka, czyli sprzęt trwał w nie ekologicznym, energożrącym stanie czuwania). Po chwili słyszę wrzask męża, który odszedł od kompa "tylko po to żeby zrobić sobie kawę i nie życzy sobie wyłączania go bez konsultacji".
Po obchodzie w domu pomroczniało, żebyśmy więc nie czuli się jak w grobowcu zapalam kilka świeczek. Od razu lepiej - nastrojowo i romantycznie. Jest jeszcze jeden plus - przy świecach synek nie zauważa w zupie znienawidzonej cebuli i wszystko zjada do czysta.
Pierwszy weekend na "zielonej ścieżce" za nami. W ramach dalszego oszczędzania energii wymieniłam dwie zwykłe żarówki na energooszczędne (reszta już do nich należała) oraz wyrobiłam w sobie - mam nadzieję, że trwały - nawyk gaszenia niepotrzebnych świateł (pozostaje jeszcze wyrobić go u nieco opornej rodziny).
W praktyce wygląda to tak, że stworzyłam jednoosobowe domowe służby porządkowe, ich zadaniem jest regularne patrolowanie otoczenia. Idę np. do kuchni - a tu pali się górne światło oraz lampka na stole, a co gorsza nikt z tej feerii świateł nie korzysta: dzieci urzędują w swoich pokojach, Pit przy komputerze, ja właśnie wróciłam z roweru. Gaszę więc zbędny light i przypominam rodzinie o niedawno wprowadzonych ekologicznych zasadach. Obchód trwa dalej - w tzw. schowku (nieduże ale niezwykle przydatne pomieszczonko za łazienką łączące w sobie funkcje garderoby, biblioteki i pokoju psa) też nie wiadomo dla kogo pali się światło. Ktoś nastawiał pranie i oczywiście zostawił przy okazji zapaloną (co z tego, że energooszczędną) żarówkę. Gniewnie mruczę i z mocą wciskam wyłącznik. Po drodze wstępuję do córki, której przypominam o wyciąganiu nieużywanej ładowarki z gniazdka, synalka zaś pytam, czy rzeczywiście potrzebuje trzech włączonych naraz małych lampek i jednej "górnej". Coś tam odmrukuje (wciąż jest trochę obrażony po tym jak wtargnęłam do łazienki, gdy się mył i stanowczo zażądałam zakręcania wody podczas mydlenia się, wystarczy że się pół godziny potem spłukuje), ale grzecznie gasi jedno światło.
Zastanawiając się czy przypadkiem nie popadam w manię, docieram do naszego pokoju, gdzie wyłączam zostawiony samemu sobie komputer oraz wciskam guzik telewizora (paliła się czerwona lampka, czyli sprzęt trwał w nie ekologicznym, energożrącym stanie czuwania). Po chwili słyszę wrzask męża, który odszedł od kompa "tylko po to żeby zrobić sobie kawę i nie życzy sobie wyłączania go bez konsultacji".
Po obchodzie w domu pomroczniało, żebyśmy więc nie czuli się jak w grobowcu zapalam kilka świeczek. Od razu lepiej - nastrojowo i romantycznie. Jest jeszcze jeden plus - przy świecach synek nie zauważa w zupie znienawidzonej cebuli i wszystko zjada do czysta.
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień
- Wyjątkowy spacer! Gdańskie zakamarki dla ...
- Czas Gdyni: te inwestycje wpłynęły na ...
- Dramat w Słupsku: dwulatek katowany przez ...
- Gdańska wyszukiwarka leków podoba się ...
- Arcymaszkary polskiej architektury. Sopot ...
- Są pieniądze, będzie bezpieczniej w ...
- Trójmiejskie uczelnie mało multimedialne. ...
- Arcymaszkary polskiej architektury. Sopot ...
- Poznaj najniebezpieczniejsze ulice ...
- Życie Lecha Wałęsy: Sharon Stone i świat ...
- "Proszę pokazać torbę". Co może sklepowy ...
- Wyjątkowy spacer! Gdańskie zakamarki dla ...
- Motorniczowie pamiętajcie, że ciepły ...
- Pół tony holenderskiej trawy w oponach [wideo]


